czwartek, 22 grudnia 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 12

Wesołych Świąt, kochani! 
___________________________________________________________________________________

Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 12


"Gdy ciemność nadejdzie tylko nieliczni zrozumieją, czym naprawdę jest poświęcenie.
Wielu nigdy tego nie pojmie."
Oraculum


- Mogę się tym zająć - szepnęła zimno Rosemary. 
Śmierć przyjrzał się jej bystrymi oczyma. Przed sobą miał swoją własną córkę, którą, tak samo mocno jak kochał, tak i się obwiał.  Może nie teraz, ale przecież nie tak dawno... od zawsze trzymało go przeczucie, co mała Rose może mieć w sobie, jaką niszczycielską potęgę skrywać, dlatego kiedy już wygrała z tym wszystkim, nie mógł być pewnym, że na dobre. A jak to mówią - lepiej być przygotowanym na wszystko. 
Pokiwał przecząco głową, wiedząc, że miała na myśli czającego się w pobliżu demona. 
- Jestem potężna - przyznała przed nim i jakby na potwierdzenie swych słów w powietrzu zapulsowała ciemność, ciemność dobrze znana Śmierci. 
-Wiem - odparł. - I właśnie dlatego lepiej żebyś tego nie robiła. Nie teraz, jeszcze nie teraz... 
Rosemary - zdawało się - pojęła obawy ojca. Nic więcej nie powiedziała, ale Śmierć wiedział, że co rusz spogląda w stronę okna. 
W oczach jej dostrzec można było mrok. Ten mrok także był znany Śmierci. 
*** 
Nathaniel dostosował się do poleceń przyjaciela - siedząc na pobliskim krześle, przemywał mokrą szmatą spocone ciało Lucy. Andear wtenczas krzątał się po pokoju i ścierał zeschniętą krew ze ściany, co szczerze mówiąc, szło mu dość opornie. 
- Wydajesz się być w lepszym stanie niż wcześniej - zauważył kątem oka Nathaniel, dalej jednak robiąc zimne okłady kobiecie. Czasem także leżącej tuż obok Anabel, która wyglądała jeszcze bladziej niż ta druga. I naprawdę zaczynało niepokoić to łowcę. 
- To zasługa Anabel, jak już mówiłem, obdarowała mnie swoją energią. Można powiedzieć, że na chwilę obecną jestem jak nowo narodzony. 
Nathaniel parsknął sucho. 
- Tak? To dlaczego nie użyjesz zaklęcia by zmyć tę plamę? - zapytał, zerkając na powstającego z klęczek Andeara, który wyglądał na pokonanego. Plama jak tkwiła, tak tkwiła dalej, tylko jeszcze bardziej rozmazana. 
- No, może przesadziłem z tym nowo narodzonym. Powiedzmy, że czuję się całkiem dobrze - oświadczył, podchodząc do blondyna z grymasem na twarzy. 
- Nie na tyle jednak, by rzucać zaklęcia. - Andear stwierdził, że lepiej pozostawić to bez komentarza, w szczególności, iż Nathaniel miał racje; faktycznie nie miał dość siły, aby móc babrać się w magii. Lucy wycisnęła z niego resztki mocy, choć jego ciało zdawało się tego nie odczuwać. Na pozór. Był pewien, że już wkrótce poczuje tego negatywne, bardzo bolesne skutki. I chyba będą musieli trochę przeczekać nim ponownie zachcą się zabrać za zdejmowanie jakichkolwiek klątw. Tym bardziej, że mieli zamiar naruszyć jedno z potężniejszych zaklęć. Samo pieprzone milczenie. 
Jak na razie Adear i tak uważał ściągnięcie z Lucy pętli za ogromny sukces, przede wszystkim, dlatego że, jakby nie patrzeć, wszyscy przeżyli. 
Przy kolejnym zadaniu może nie być tak kolorowo. Myśl ta nie była pocieszająca. Andear stwierdził, że lepiej będzie dla wszystkich, gdy nie podzieli się nią z blondwłosym przyjacielem.
Nagły przygłuchy głos Nathaniela przywrócił go do świata żywych. Zorientował się, że ten zadał mu właśnie jakieś pytanie. 
- Mówiłeś coś?
- Pytałem czy to normalne, że jest taka blada.
Andear w oka mgnieniu skierował swoje spojrzenie na leżącą Anabel. Jej powieki były lekko przymknięte, przez co można było zobaczyć spod nich niebieskie, nieruchome tęczówki. Twarz kobiety pozostawała niezdrowo blada, a usta spierzchnięte. Krwi mag nie dostrzegł zapewne dlatego, że Nathaniel dokładnie obmył czarodziejkę. 
- Tak, tak - odparł szybko Andear, wciąż jednak jakiś niespokojny, jakby dalej zmagał się ze swoimi myślami. Nathanielowi nie umknęło to uwadze - To normalne. Śpi, umysł jej śpi, odpoczywa. Kilka godzin i powinna być jak nowa - wyjaśnił jeszcze. 
Coś jednak chciał dodać. Jakieś słowo, może zdanie, miało wyjść z jego ust. Nathaniel domyślił się tego, ale nie wiedzieć czemu, nie zadał kolejnego pytania. Może, przyszło do głowy Anderowi, nie chciał wiedzieć. Może, było lepiej, gdy udawali, że nie wie co jest na rzeczy. Może...
- Więc, teraz to ty idziesz na spoczynek, przyjacielu. W takim stanie nawet ty nic tu nie zdziałasz. - Nathaniel mówiąc to, poklepał go delikatnie, w geście zachęcenia, w plecy. 
- Oh... niech mi Bóg wybaczy, ale muszę się z tobą zgodzić. Ten jeden jedyny raz. 
Nathaniel wolał się nie sprzeczać co do tego jednego razu, choć jeżeli pamięć go nie myliła to Andear wierutnie go w tym momencie okłamał. Było więcej takich razy, o wiele więcej. Niemniej przemilczał to. Na jego usta jednak i tak wypłynął uśmiech. 
Andear odwzajemnił go, wychodząc z pomieszczenia. Gdy zniknął za drzwiami od razu z twarzy Łowcy starł się uśmiech. Zielone oczy nabrały burzowego odcienia. 
Od kilku godzin Nathaniel miał wątpliwości, miał wątpliwości czy aby na pewno było warto tak się poświęcać. Wiedział przecież czym jego przyjaciele mogą przypłacić. Własnym życiem. Miał tego świadomość, nie był przecież naiwny - niedomówienia, dziwne spojrzenia. Naprawdę łatwo to było odgadnąć. Pytanie tylko co zrobi jeżeli jednak Andear zawiedzie. Czy sam jest gotów za informację pożegnać się z nimi?
Jego dłoń ze szmatką ponownie zetknęła się z gładką skórą Anabel. 
Delikatnie przemyła czoło, a potem nos, poliki, spierzchnięte usta. Dokładnie obrysowała złotego motylka, runę, która uświadamiała kim kobieta była tak naprawdę. 
Ten motyl sprawił, że Nathaniel odpowiedział na zadane sobie pytanie. Nie był gotów i nigdy nie będzie, ale jeżeli świat umiera, jeżeli coś ich wszystkich całkowicie wyniszczy, jeszcze bardziej sobie nie wybaczy. Z doświadczenia wiedział, że były gorsze rzeczy od śmierci. 
Oni także mieli tego świadomość. Także, a może nawet bardziej, pojmowali czyhające w cieniu zagrożenie. I Nathaniel rozumiał czemu właśnie oni zostali przez niego wybrani na przyjaciół. Dlatego, że wbrew pozorom walczyli o coś co od początku było zdane na niepowodzenie - o lepszy świat. Mimo tego i on, i oni nie zrezygnowali. 
Mógł ich powstrzymywać, mógŁ próbować, ale by nie wygrał. Jeżeli zdecydowali się przerwać Pętle to właśnie uczynią. Był tego pewien. 
- Śpi, umysł jej śpi, odpoczywa. Kilka godzin i powinna być jak nowa - przypomniał sobie Nathaniel, a potem sam dodał: - ale za drugim razem może się już nie obudzić. 
To chciałeś mi powiedzieć, przyjacielu?
To nie przeszło ci przez usta?
Wiem. I wbrew temu co myślisz, rozumiem. 

***
Odpoczywali przez kilka tygodni. Chociaż czas ponaglał, nic nie mogli przyspieszyć. Anabel już dawno się przebudziła, od razu spoglądając przez okno czy czasem nie zostali wytropieni przez magów. Potem robiła to codziennie. 
Nathaniel i Andear się nie dziwili, niemożliwym wydawało się przecież, że odpuszczono im wszystkie przewinienia, których dokonali. Niemożliwym było by Najwyższy odpuścił. 
Kolejną nieprzyjemnością okazała się być sama Lucy, która prawie w ogóle się nie przebudzała, a jeżeli to tylko po to by wypowiedzieć dla nikogo niezrozumiałe słowa i ponownie oddać się w objęcia Morfeusza. Majaczyła. 
Jej stan nie zdawał się poprawiać, jednak pewnego dnia, w końcu ujrzała jasność, a jej umysł na nowo się przebudził. 
Żaden jednak z magów i nawet Łowca nie umieli powiedzieć, kiedy to dokładnie było - stracili poczucie czasu, zamknięci w białym domu o białych ścianach tkwili tak nie odliczając dni tylko patrząc przez szklane okna na świat im znany, jednak teraz stojący daleko i nieosiągalny. Właśnie tak ujęła to Anabel, gdy Andear spytał o czym tak ostatnio rozmyśla. 
Tego dnia z nieba spadł pierwszy płatek śniegu - za nim natomiast kolejne. 
- Pada - oświadczyła z rana Anabel wyglądając przez okno. - Nawet zapomniałam, że to już zima. Była jesień, gdy to wszystko się zaczęło. 
- Zaczęło się już dawniej, ale ciebie o tym niepoinformowano - uściślił Andear, jak zwykle, nie mogąc się powstrzymać. Wrogi wzrok kobiety wyraźnie mówił co na ten temat myśli ona sama. 
Wszyscy we trójkę siedzieli w kuchni i pili magicznie przyrządzoną herbatę. Nathaniel wprawdzie nie pochwalał takiego podejścia do sprawy, ale Anabel jasno i wyraźnie powiedziała, że albo sam sobie łaskawie przygotuje normalną herbatę, ale ma się wypchać. Znaczy, oczywiście dodała do tego jeszcze kilka innych barwnych epitetów... Nathaniel wolał tego nie rozgrzebywać. 
- Głowa mnie boli - w pewnym momencie oświadczył Andear, który od kilku dobrych chwili zapatrzony był w zimowy krajobraz zza okna. Przyjaciele posłali mu zdziwione spojrzenie. 
- To chyba nic dziwnego? - zapytał Nathaniel. 
Andear westchnął. Zaraz potem przeniósł swoje fioletowe spojrzenie na łowcę. 
- Niby tak, ale mam dziwne przeczucie, że to nie jest zwy... kły... bó... l... 

Otworzył oczy. Wokół niego panowała dziwna pustka, tylko nieprzyjemna mgła go otulała. Gdyby zmrużył oczy mógłby zobaczyć za nią malownicze wzgórza. 
Było zimno, stwierdził, ale nie na tyle by zaczął się trząść. Było to zimno nieprzyjemne, jednocześnie dziwnie pokrzepiające. Andear nie mógł tego wyjaśnić. 
- Gdzie jestem? - Dopiero po chwili zrozumiał, że to on sam zadał pytanie. I sam uzyskał na nie odpowiedzieć - był w swojej własnej głowie. A ktoś prawdopodobnie pragnął się do niej dostać. Andear już chciał postawić trwałe bariery, jeszcze mocniejsze niż te poprzednie, gdy usłyszał znajomy głos:
- Andear! 
W tej samej chwili zaprzestał jakiejkolwiek czynności i oniemiały spoglądał na przenikającą przez mgłę postać. 
Owa postać była odziana w srebrną, lśniącą szatę, która niczym zaklęta poruszała się w rytm kobiecych kroków, a przecież wiatr nie wiał. Było zupełnie cicho, nieruchomo. Nawet nieliczne drzewa trwały tak nieporuszone i czekające. 
Stanęła przed nim. Czarne długie włosy, drapieżne oczy, wąskie usta. Wszystko to było mu znajome, bardzo znajome. 
- Niemożliwe - szepnął i w tym samym momencie tuż obok niej pojawiła się kolejna osoba. 
- Niemożliwe - ponowił, przyglądając się oszpeconemu na twarzy mężczyźnie. To właśnie on zaśmiał się kpiąco na jego słowa. 
- Nie cieszysz się, że nas widzisz, przyjacielu? - zapytała Miria. - Myślałam, że powitasz nas bardziej wylewnie. 
- Ale jak...? - zaczął. 
Jarleu z Mirą wymienili spojrzenia. 
- W sumie to dość zabawne, ale właśnie dzięki temu kto nas usunął - odparła kobieta, na której twarzy nie gościł żaden uśmiech. A jedynie wrogość. 
- Najwyższy - domyślił się Andear. Nie trwało długo nim zapytał: 
- Dlaczego?
Nie musiał wyjaśniać o co mu chodzi. Ta dwójka wiedziała to najlepiej. 
- Oh... właściwie przez ciebie. Przez ciebie i Anabel, swoją drogą co u niej?, Najwyższy musiał najszybciej zadecydować kto zasiądzie na wasze miejsca. Ale był na tyle sprytny by wymyślić, żeby przywrócić zdegradowanych magów, dać przykład innym jaki to bardzo litościwi jest, a zarazem na naszym przykładzie pokazać czym się kończy nieposłuszeństwo. Zostaliśmy przywróceni, ale nie w pełni, ma nad nami władzę. Obiecał wolność, złudną wolność jak się domyślasz, za nasze oddanie. Naprawdę nie dał nam wyboru. 
- Bynajmniej. Tak mu się zdaje - dodał Jarleu. Kącik jego ust wygiął się ku górze. Oczy niebezpiecznie zabłyszczały. Rodzeństwo za jego czasów było szalone, a teraz, po kilkudziesięciu latach w zamknięciu bez mocy, wolał nie wiedzieć jak bardzo zemsta ich  owładnęła. 
- Nie jesteśmy pełnoprawnymi magami, nie odzyskaliśmy znamion i pewnie Najwyższy nigdy nam ich nie przywróci, ale mimo to...
- ...jesteście potężni - dokończył za Mirię Andear. Pokiwał w zrozumieniu głową. 
On sam najlepiej był tego świadom. Miria i Jarleu, co by nie mówić, byli od niego o wiele lat starsi, może nawet doganiali samego Najwyższego. Nic dziwnego, że władali taką mocą, o której nawet Andearowi się nie śniło. 
- Co w takim razie zamierzacie? - w końcu zapytał. 
- Dowiesz się, ale nie tutaj. Musimy się spotkać. Najwyższy nadal was poszukuje i myślimy, że jest blisko. Poszukuje czaru tropiącego, którego niegdyś przed nim ukryliśmy - odparł Jarleu. 
- W końcu się dowie, że to nasza sprawka - rzekła Miria. 
- To dlatego zdołaliście wejść do mojego umysłu... 
- Tak, to właśnie ten czar - oświadczyła z bezczelnym uśmiechem Miria. - A teraz wybacz, ale musimy się zbierać. Twój umysł to nie jest wbrew pozorom bezpieczne miejsce. 
- Poczekajcie - powstrzymał ich Andear, gdy już zamierzali zniknąć we mgle - jak działa to zaklęcie? 
Ponownie Miria z Jarleu wymienili spojrzenia między sobą. 
- To nie jest bezpośredni czar namierzający. Takie można nałożyć tylko wcześniej, dlatego Najwyższy głowi się jak was dopaść, szczególnie, że ty nie jesteś byle jakim czarodziejem. Zakazane księgi, to właśnie stąd pochodzi. Wyrwaliśmy jedną stronicę z tym zaklęciem. 
Andear na to oświadczenie zdziwił się. Czarna magia, wiedział, że to mu chciała przekazać kobieta. 
- Nie może jednak ten czar powiedzieć, gdzie się znajdujesz. Może przeniknąć twój umysł, tak jak my to zrobiliśmy. 
- Ty sam musiałbyś nam powiedzieć - dodał grobowym tonem Jarleu. I Andear już wiedział o co dokładnie chodziło. 
To właściwie nie było zaklęcie tropiące, w tych celach stosowane, owszem, ale opracowane z myślą o magii umysłowej. Niegdyś czarodzieje często używali takich zaklęć, by wydobywać informację z wroga. Nie miał się co łudzić więc, że ten proces będzie bezbolesny. Gdy Najwyższy także przejdzie przez bariery i znajdzie się w jego umyśle zacznie go torturować, by wyjawił miejsce swojego pobytu. 
- Jest szansa jednak, że się nie przebije przez twoje bariery. - Z pewnością Miria chciała go podnieść na duchu. Nie wyszło jej, dobrze wiedzieli przecież, że skoro sami się przedostali z namiastką mocy... Najwyższy może go wykończyć. 
- Oby zrozumienie przyszło do niego jak najpóźniej - sucho stwierdził. 
Po tych słowach Miria się już nie oglądała - jej srebrna szata zalśniła we mgle i wraz z nią, znikła. Tylko Jarleu postawił jeden krok, by zaraz potem przystanąć. 
- Pozdrów moją córkę - szepnął. W tej samej chwili i on i cała przestrzeń zadrżała. Następnie była ciemność. I cisza. 




niedziela, 6 listopada 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 11


Ten rozdział z przyjemnością dedykuję Ombrao, która motywuje mnie do dalszego pisania CŚ, za co serdecznie jej dziękuję ;) 
___________________________________________________________________________________

Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 11


"GRÓB"
Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, pustym grobie...

Krzyki nocy rozgłoszą
Kiedy aż po góry się wzniosą
Nadchodzący kres wszystkiego 
Nawet Władcy Jedynego 

Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, smutnym grobie... 

Nikt tej nocy nie odpowie 
Nikt z was śmiertelników się nie dowie 
Czyją dusze Śmierć zabierze 
Którą w złej, a którą w dobrej wierze 

Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, zimnym grobie...

Dłonie krwią ubrudził 
Pieśni cicho nucił 
Mówiąc o tych niewierzących 
Mówiąc, że zabił wszystkich tych - Milczących 

Ognia blask zagaśnie 
W sen spokojny, z powrotem, zaśnie...
Oraculum


Pierwszą osobą, którą napotkała w drodze do swojej komnaty był opierający się o balustrady korytarza Jarleu. Przez chwilę zastygła z zainteresowaniem, przyglądając się mężczyźnie na którego dłoni pojawiał się błękitny płomyk o kształcie smoka. Ten sam smok zaś przeobraził się w węża, a następnie wąż w nietoperza. Zaraz potem, gdy ona ruszyła hardo w stronę czarodzieja, płomyk rozprysł się na miliony kawałków, by całkowicie zagasnąć.  
Jarleu podniósł głowę i ich spojrzenia się spotkały. Miria stanęła tuż naprzeciwko niego, nie przerywając kontaktu wzrokowego. 
- Nie tutaj - dosłyszała przytłumiony, lekko charczący głos. Pokiwała w zrozumieniu głową i ruszyła bez słów za postawnym mężczyzną. 
Mijali po drodze wielu magów odzianych w ciemne szaty, którzy przypatrywali im się nieufnie, a zarazem z pewnym ostrzeżeniem. Jakby jednocześnie byli i ofiarami i oprawcami. Miria musiała przyznać, że to wszystko, co tutaj się działo napawało ją obrzydzeniem. Ale nie powiedziała tego na głos z jednej, prostej przyczyny - nie była głupia. W tym momencie mogła za to przypłacić nawet własnym życiem z czego bardzo dobrze zdawała sobie sprawę. 
W końcu weszli do jednej z przybocznej komnaty należącej do czarodzieja. Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi, Miria od razu z ulgą zasiadła na wielkim, dwuosobowym łożu. Jarleu jednak wolał oprzeć się jedynie o szarozielony stół i czekać na to, co ma mu do powiedzenia kobieta z grymasem na twarzy. 
- Nie powiedzieli kogo miejsca mamy zająć - powiadomiła na wstępie. - I wcale im się nie dziwię. 
- Andear... tak, ja też tego się nie spodziewałem. - Jarleu wygiął kącik ust w parodii uśmiechu, acz prędko ponownie nałożył odpychającą, pozbawioną emocji maskę. Chociaż niezupełnie, dobry obserwator mógł śmiało zauważyć czyhające gdzieś tam okrucieństwo. - Ale, jakby nie patrząc, wyjaśnia to wszystko. 
- Dziwne spojrzenia, niepewność Rady, oh... no tak! I oczywiście wielkie rozgoryczenie Najwyższego! Masz racje, zdrada tak ważnego i potężnego maga nie jest czymś, co Rada przyjmie z honorem - dokończyła za niego Miria z jawną kpiną. - Muszą jakoś teraz wybrnąć z tych niefortunnych zdarzeń. 
I nie trzeba było dodawać, że w tym właśnie mieli pomóc im oni. Nadal jednak na uwięzi. Taka była propozycja Najwyższego - oddadzą im część mocy, aby wrócili do Wielkiej Rady i byli na każde ich skinienie. Tak naprawdę jednak nie mieli żadnego wyjścia, bo przecież wybór miedzy potakiwaniem i udawaniem posłusznego maga, a wiecznym zniewoleniem za kratami i bólem Pętli, nim, niestety, nie był. Tak przynajmniej oboje stwierdzili. Chociaż oczywiście Miria z Jarleu zgodziła się, że nie wszystko miało pójść zgodnie z planem radnych. A tym bardziej, jeżeli tą osobą, która odważyła się przeciwstawić Najwyższemu, była jedną z jego najbardziej zaufanym magów. Sam Andear Mądry. 
- Chyba pomyliliśmy się, co do naszego starego przyjaciela - osądził Jarleu. Czarnowłosa nie mogła temu zaprzeczyć. 
- Jaki masz plan, siostrzyczko? - zapytał znużony po kliku sekundach, na jego dłoni ponownie zabłysł niebieski płomyk. 
Miria zmrużyła swoje niebezpieczne, drapieżne oczy, które w jednej chwili z jasnej pomarańczy przemieniły się w krwistą czerwień. Lampa, oświetlająca pomieszczenie, nagle zadrgała. 
Problem Najwyższego polegał na tym, że nie przewidział jacy potężni byli nawet z namiastką swojej prawdziwej, wrodzonej mocy. I naiwny, jeżeli kiedykolwiek myślał, że będą tańczyli tak, jak im zagra. 


***

Najwyższy nie próżnował. Od kilku godzin poszukiwał pradawnych zaklęć tropiących, ale nadal bez rezultatu. Dział Ksiąg Tajemnych też okazał się pomyłką. I nic nie wskazywało, że wkrótce ma się to zmienić. 
Ale nie tylko to czynił przez ostatni czas. Jego zaufani ludzie skrupulatnie prowadzili dochodzenia, słuchali szeptów, głosów które mogły coś rzec na temat Wybranej czy chociażby samego Lucyfera. I roli magów w tejże chwili. Najwyższy albowiem od zawsze twierdził, że nigdy nie powinni brać udziału w tej wojnie. Powinni przeczekać, a potem przywitać koniec. Taka właśnie była ich rola. Żadna inna...


*** 

Powietrze tej nocy było jakieś cięższe; niemal przygniatało płuca, jakby ostrzegająco. Do tego wiatr nieustannie dął, porywając wszytko dookoła siebie: kwiaty,  zagubione reklamówki czy porozrzucane na ulicy plastikowe butelki. W którymś momencie deszcz przestał siąpić, acz powietrze w dalszym ciągu było jakieś dziwne. Nieczyste. A chłód, odwieczny wróg ludzkości, nie ustępował. 
Zimne, stalowo-szare oczy z niejakim zadowoleniem spoglądały w tym samym czasie na ukryty za niemal białymi chmurami, księżyc.  I temu komuś wcale nie przeszkadzało ani zimno ani szaleńczy wiatr. Tkwił tak, zadowolony, będący w swoim własnym raju, w którym nie obowiązywały żadne, pieprzone zasady. A jedynie cudowna, orzeźwiająca wolność.
Od paru minut stał przyczajony za wielkim, starym dębem i przypatrywał się budynkowi znad przeciwka. Na jego osnutej cieniem twarzy gościł lubieżny uśmiech. 
Skrywał się, ale jednocześnie odkrywał przed przechodzącymi uliczką ludźmi, którzy drżeli mimowolnie na jego widok. Ci, zaraz po paru krokach zapominali nie tylko o strachu, ale również o złowróżbnej postaci. Sebastian, szczerze mówiąc, nieźle się bawił. 
Niemniej dla osób przebywających w kamiennicy starał się nie istnieć. I naprawdę wierzył, że to mu się udało. 
Jego stalowy wzrok przenikał przez grube ściany i z zachwytem przyglądał się stojącemu tam Śmierci i jego jedynej córce. To właśnie ta z pozoru niewinna dziewczyna poświęcała najwięcej jego uwagi. 
Wyglądała podobnie jak na obrazie, acz nie zupełnie tak samo. Sebastianowi nie chodziło wbrew pozorom o ubiór, choć i ten się zmienił - albowiem na sobie kobieta miała teraz czarne spodnie i równie ciemną tunikę, zamiast bujnej, hebanowej sukni. 
Zmiana tkwiła w czymś zupełnie innym. W oczach. Na malowidle ta sama piękność skrywała przerażającą pustkę, ta zaś tej pustki już nie posiadała. Za to tkwiło tam coś równie okrutnego - determinacja i przemyślność. Sebastian z niejakim trudem to zrozumiał. 
Śmierć, stojący obok był dla niego jeszcze większą zagadką i nie potrafił stwierdzić co się z nim dzieje, przez otulającą go czarną, niczym otchłań, mgłę. Unosiła się wokół i przysłaniała. Nie wiedział czy było to zamierzone zagranie czy też nie. 
Demon przechylił lekko głowę z zainteresowaniem i zamarł. Czerwień tych oczu nagle skierowała się na niego, a on nie tylko je ujrzał, ale także lekki, niewinny uśmiech na jej bladych ustach. 
Zamrugał. 
Rosemary z powrotem rozmawiała ze Śmiercią, jakby wydarzenie z przed chwili było jedynie kłamliwą ułudą. Przewidzeniem. Białowłosy demon otrząsnął się. 
Przewidzenie - pomyślał. - Tak, tak właśnie musiało być. Przewidzenie. 


***

Miękkie łoże i parę chętnych dziwek to to czego bardzo potrzebował. Na noc, do luksusowego hotelu, zabrał ze sobą tylko Mercedes i parę znarkotyzowanych kobiet, które usłużnie darowały mu usługi seksualne jak i swoją cudowną krew. 
I Lucjusz w tejże chwili, po gorącym seksie i napojeniu nic, zupełnie nic nie potrzebował. 
Przymykał w błogostanie oczy i od niechcenia głaskał ciepłe, ludzkie ciało ufnie w niego wtulone na wielkim, śmiało mogącym pomieścić pięć osób, łożu. Teraz mieściło cztery.
Wampir dawno, doprawdy dawno nie był tak zrelaksowany - ostatnie wydarzenia, wizyta Lucyfera i wiele innych nieprzyjemności sprawiło, że został całkowicie wycieńczony. Ale czas upadku się skończył. Lucjusz już nie zamierzał trwać i modlić się, by jego poddani okazali się dostatecznie mądrzy. Bo, jak się już nauczył, nie mógł oczekiwać jakiegokolwiek olśnienia od tej bandy idiotów. 
- Co teraz planujesz, panie? - zapytała mrukliwie Mercedes, jakby czytając w jego myślach. Teraz leżała w jego nogach, okryta jedynie skąpym szlafroczkiem i popalała papierosa. Koło niej majaczył szary dym. 
Zdawała się nie być zainteresowana odpowiedzią, ale Lucjusz znał ją na tyle, żeby wiedzieć, iż to była tylko złudna gra. Naprawdę zżerała ją ciekawość. 
- Zbiorę cały klan; skoro Lucyfer interweniuje to znaczy, że nie pozostawia mi wyboru. Musimy zacząć działać jeżeli chcemy przetrwać. 
- Uhm, panie... serio uważasz, że może nas zniszczyć? - odważyła się zapytać. Lucjusz od zawsze twierdził, że posiadała temperament. Chociaż widać było, że nadal się go na pewien sposób bała, co zauważał przy każdym dotyku czy też spojrzeniu. Niekiedy drżała na całym ciele, innym razem nie patrzyła mu w oczy. Ale jak już Lucjusz wspomniał, uwielbiała grać, w szczególności zuchwałą, acz posłuszną dziwkę. Może dlatego miał do niej... pewien sentyment? 
- Tak jak niezbadane są ścieżki Boga, tak i niezbadane są ścieżki Lucyfera. Różnica jednak pomiędzy nimi jest taka, że ten pierwszy nie interweniuje, a ten drugi - owszem. I to częściej niż myślimy. Założę się, że nawet teraz nasz stwórca wykonuje swój odwieczny plan. 
- Musimy się dostosować - ostatecznie zawyrokował. 
Zaśmiał się. gdy jedna z dziewcząt przebudziła się i nadal zamglonym wzrokiem odnalazła usta Mercedes. Pocałunek był cholernie gorący, ale nie zrobił aż tak dużego wrażenia na Lucjuszu, by miał ochotę na powtórkę. 
Westchnął tylko i zwlókł się z łóżka, pozwalając pobawić się im samym. On za to pokierował się do drugiego pomieszczenia, gdzie bez pośpiechu założył swój nienaganny garnitur. W końcu miał od teraz ręce pełne roboty i musiał zmienić swoje standardy. 
Cóż, wbrew pozorom to nie było tak, że Lucjusz uwielbiał obskurne podziemie i zgniliznę się tam kryjącą. Po prostu, jeżeli miało się tyle lat co on w końcu luksus mógł zbrzydnąć, a przyczajenie w cieniu stało się koniecznością. Poza tym wampiry od dawna legły do takich śmierdzących miejsc, choćby nie wiadomo jak się przed tym wzbraniały. Taka, niestety, była ich natura. 
Pytanie jednak, które teraz wstrząsnęło nim, a które wypłynęło z jego własnych ust brzmiało następująco:
- Przeciw komu wszczynamy wojnę? 
I tak słowa odbiły się echem o ściany, a potem zniknęły pozostawiając nieprzyjemny smak na języku. Lucjusz naprawdę nie sądzisz, że jest w stanie je zadać. 
Ponieważ wojna nadchodziła. Z kim i gdzie? To każdy chciałby wiedzieć, każdy kto się na nią szykował. 
- Idziesz panie? - Usłyszał głos dobiegający zza drzwi. 
- Oczywiście. 


***

Magia, ogromna moc, w jednej chwili eksplodowała. Andear i Anabel nie zdążyli choćby krzyknąć słowa, a owa energia zmiażdżyła ich i popchnęła z trzaskiem na pobliską ścianę. 
Zaparło im dech w piersiach, ale nie potrafili nawet stęknąć, gdy ból ich zamroczył. 
Andear jak przez mgłę zobaczył na białej farbie czerwień i osuwając się na podłogę zrozumiał, że to jego krew. Nos prawdopodobnie miał doszczętnie złamany. Mógł się tylko domyśleć, że Ananbel jest w podobnym stanie. 
- Kurwa! - Cichy szept tuż obok utwierdził go w tym przekonaniu. 
Chwile tak trwali, nie mogąc unormować ciężkiego oddechu, wlepiając się i dotykając czołem zimnej, piekielnie białej ściany. Oh, Andear naprawdę zaczynał nienawidzić tego koloru. 
W końcu na przekór sobie odwrócił się, czując od środka palące pieczenie i rozdzierający ból. Jego przelewająca się moc próbowała zrównoważyć to nagłe zachwianie. Nie było to w każdym bądź razie łatwe, nie, kiedy niespełna dwa kroki dalej, leżał pozbawiony kontroli czarodziej. 
Faktycznie, Andear już zaledwie chwile potem mógł ujrzeć ponownie nieprzytomną kobietę. Obok niej dostrzegalna była dziwna czerwono-zielono-niebieska powłoka, który poruszała się swoim rytmem i łączyła, dotykała niczym oszalała, wszystkiego dookoła. Czerwień jednak przeważała i dlatego nie trudno było się domyślić jak niebezpieczna była ta nieokiełznania magia. 
- Pieprzyć to! - Już teraz mocniejszy głos rozbrzmiał koło jego ucha i z niejakim zdziwieniem zobaczył powstającą Anabel. Jej niebieskie oczy zapłonęły dziko, a złoty motyl na licu zabłyszczał jeszcze mocniej niż zwykle. Andear nawet dojrzał jego niewinne zatrzepotanie skrzydełkami, jakby chciał odlecieć. Niemniej pozostał na miejscu, a tuż koło niego malował się nieprzyjemny siniak. Czarodziej również bezbłędnie zdiagnozował złamanie lewej ręki Anabel. 
- Co... co ty robisz? -  wychrypiał. Anabel zdobyła się na lekkie wygięcie warg. Prawdopodobnie miało to przypominać uśmiech. 
- A nie widać? - oparła pytaniem na pytanie. A potem usłyszał ciche, ledwo słyszalne słowa. 
- Oculi tui videbunt lucem sentire vim ore corpus renasci denuo...*
W jednej, krótkiej sekundzie Andear odzyskał siły, a po złamanym nosie nie było ani śladu. Tylko zakrzepnięta krew na nim i na ścianie przypominała o dawnym, nieprzyjemnym uczuciu. 
Gdy on powstał, Anabel na powrót usiadła, mrużąc oczy. Nie wyglądała za dobrze, właściwie to jakby miała ochotę wymiotować. I raczej mag zgadzał się z tym przypuszczeniem. 
- Po co to zrobiłaś? 
Musiał poczekać nim zdołała odpowiedzieć. 
- Magia krwi...
No tak, mógł się od razu domyślić, stwierdził. Przecież wiadomym było, że właśnie przez to zaklęcie Anabel może być bardziej osłabiona, a więc nie okiełzna mocy Lucy. Do niego należy to zdanie. 
Tym razem ostrożnie podszedł do kobiety i dłonią, delikatnie, acz stanowczo przejechał po szalejącej energii, która w tym samym momencie zatrzymała się i przybrała niebieskawy, niemal błękitny odcień. Przelewała się koło niego, rozpoznając jego sygnaturę i wyczuwając jego dobrą, pomocną magię. 
Ponownie zaczął długą litanię, która przy każdym słowie osłabiała, ale wiedział, że musiał mówić dalej, by utrzymać to wszystko w barierach. 
Ostatnie, kończące już słowa i nagle, nawet ta niebieska powłoka, zniknęła. 
Andear zadowolony, jednakże jeszcze bardziej wycieńczony przelewitował i ciało Anabel i Lucy na rozłożoną kanapę. Wtedy właśnie przybył Nathaniel, który zamarł w progu. Jego jedna z brwi uniosła się w zdumieniu na widok nieprzytomnych ciał i krwi na ścianie. 
 - Coś ominąłem? - wydukał. 
______________________________________________________
*Oczy twe ujrzą światło, a usta poczują moc, ciało zaś na nowo się odrodzi... 

niedziela, 9 października 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 10

Nareszcie napisałam kolejny rozdział. Już bałam się, że znowu dopadnie mnie brak weny i tyle będzie z kontynuowaniem tego tworu. Ale, dzięki Bogu, jest ;) 

Dedykuję go mojej już pięcioletniej siostrzyce w dniu jej urodzin. Mam nadzieję, że jak dorośniesz i przeczytasz to na twojej twarzy zagości uśmiech.  
Dla Liliany 
___________________________________________________________________________________



Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 10


"PRZEZNACZENIE"
Noc i kroki ciche
Idą, nie wiedzą dokąd
Nadzieja gdzieś z tyłu ich pcha
I mówi, i szepcze:
Idźcie, idźcie
Wygrajcie z piekłem! 
I idą, i idą
Walecznie, z bronią w ręce
W tle żałobne werble słychać
Wiedzą
Wiedza ta ciąży nad nimi uparcie
Zginą

Drży w strugach deszczu Nadzieja 
Nie odchodzi 
Wierzy 
Wiara jej 
Nie przemija 
 Oraculum



Lucyfer siedział na swym tronie z wysoko uniesioną głową. Oczy, czarne i krwiożercze, ślepo zapatrzone były w obraz, który zmaterializował się na przeciwległej ścianie. Przedstawiał on młodą, piękną kobietę. Jej twarz osnuta była jakimś smutkiem, a może tylko się tak wydawało, bo już po chwili Lucyfer stwierdził, że widzi jedynie porcelanową twarz, złudną i okrytą znaną mu obojętnością. Czerwone tęczówki przykuwały uwagę, może nawet przerażały swoją pustką - nie kryło się w nich nic, nawet ulotne wspomnienie. Miała czarne, długie włosy, które tak bardzo kontrastowały z nienaturalnie bladą cerą i równie ciemną suknie zlewającą się z nimi. Była piękna, ale równocześnie odpychała. Kryła tajemnice, kusiła, lecz jednocześnie mówiła - uważaj. Tak, Lucyfer jak nikt wiedział, na kogo dokładnie patrzy. Uśmiechnął się lekko i szepnął swobodnie:
- Rosemary, moja piękna Rosemary. Jesteś moją ulubienicą, wiesz? Moim przeznaczeniem i nikt, powiadam nikt, tego nie zmieni. 
W tle żałobne werble słychać
Wiedzą
Wiedza ta ciąży nad nimi uparcie
Zginą
- Myślisz Sebastianie, że właśnie tak skończą ci, którzy stanął na mojej drodze? - spytał od niechcenia Lucyfer, nawet nie spoglądając na stojącego obok strażnika. Białowłosy demon zaskoczony drgnął. Nie trwało jednak długo nim pewnie odpowiedział:
- Oczywiście, panie. - I Lucyfer wiedział, że naprawdę tak myśli, że naprawdę uparcie wierzy w jego powodzenie. Sebastian zawsze był taki usłużny. Taki naiwny. Ale w tym wypadku się nie mylił. 
- Co o niej sądzisz? - wyparował nagle Władca Piekieł tym razem poświęcając uwagę swojemu pupilkowi. Ciekawiła go reakcja Sebastiana. Ten jednak opanował wyraz zdumienia i lekko przekrzywił głowę uważnie śledząc wzrokiem postać na obrazie. 
- Niebezpieczna. 
Oh, jak trafnie, pomyślał Lucyfer ostatni raz zerkając w stronę kobiety. Potem obraz znikł pozostawiając jedynie po sobie szary, wrogi dym i zapach siarki. 
Lucyfer powstał z tronu i otrzepał swoją szatę. Następnie zszedł z gracją po długich, marmurowych schodach.
- Czas zacząć działać - rzekł z mocą stojąc do Sebastiana tyłem. Demon wyszczerzył się upiornie ukazując swoje ostre zęby i Lucyfer nie musiał się obracać, by być tego świadom. 
- Sebastianie, przynajmniej ty mnie nie zawiedź. 
- Nie zamierzam. 
Sebastian także rozpłynął się we mgle, posłuszny jak zwykle. Był naiwny, racja, ale Lucyfer nie znał bardziej oddanego mu demona. I groźniejszego. 
Mimo, że Lucyfer czuł jak jego moc zostaje naruszona przez kogoś innego, był w dobrym humorze, właściwie w bardzo dobrym i już czuł sam zwycięstwa na języku. 
- Tenebrae możesz uciec ode mnie, pozbawić mnie mocy, a i tak będę potężniejszy niż ktokolwiek - zawyrokował, chociaż wiedział, że nie była to prawda. Był ktoś o wiele silniejszy, ktoś kogo obraz zamajaczył mu przed oczyma. 
Ponownie w pustej, złoconej komnacie rozbrzmiał suchy, przeraźliwy śmiech. Nawet demony czuwające za drzwiami zadrżały. 
*** 
- Wróciłaś - szepnęła Tenebrae. Uśmiechnęła się delikatnie i krzepiąco. Także, jak wcześniej Śmierć, wyciągnęła rękę i dotknęła po raz pierwszy Rosemary. Dotyk zdawał się być kojący i pełen dziwnej czułości. Rosemary zmrużyła oczy czując ciepło gdzieś tam na dnie, coś czego nigdy nie poznała i nie mogła pojąc. Tenebrae dotykała jej policzek, a ciemność przelewała się między nimi. 
- Dziecko, moje dziecko - szeptała uradowana. Złote włosy Tenebrae zalśniły jeszcze mocniej jakby odganiały ogarniający je mrok. I Rosemary nasunęło się pytanie, czy czasem Ciemność nie była też światłością? A może była zupełnie czymś innym. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, nie w tym momencie. 
- Zrozumiałaś,w końcu zrozumiałaś. - Rosemary nie będąc pewnym czy tak jest w rzeczywistości nie odezwała się, ale skoro sama Ciemność twierdziła, że faktycznie jest gotowa to musiało tak być. Poza tym wspomnienie obłędu było świeże i mogło przybyć nagle, a Rosemary nie miała siły z nim walczyć. Starała się, ale ile jeszcze mogła? 
Pamiętała tego maga i choć może gdzieś tam tliły się wyrzuty sumienia to jednocześnie czuła euforie. I było to straszne, straszne na swój chory sposób. Bo bała się sama siebie, bała się do czego jeszcze jest zdolna. 
- Czy... czy ciemność da mi siłę? - spytała cicho i to było jedyne tak naprawdę pytanie na które chciała poznać odpowiedź. Ale Tenebrae nie musiała odpowiadać - po chwili poruszyła się zbliżając jeszcze bardziej i przylegając całym ciałem do Rosemary, otulając ją swoimi ramionami jak matka, która chroni swoje dziecię. I wtedy świat Rosemary na powrót się zachwiał, ciemność niemal ją oślepiła w jednym przypływie uderzenia. Pozbawiła ją widzenia, ale po chwili stwierdziła coś innego - nie widziała już tylko ciemności, a w niej dostrzegała również światło. 
Dziwne, pomyślała oddając się całkowicie poczuciu ukojenia i ulgi. 
Obłęd odszedł, choć nie wiedziała czy na dobre, była pewna, że teraz zmieni się absolutnie wszystko. Jej siła przecież nie pochodziła z odmętów czerni, a z niej samej. I mogła stawić czoła i sobie i Lucyferowi. 

*** 
Lucy przemierzała zdumiona przez ciemny las szukając gdziekolwiek schronienia. Od czasu do czasu słyszała pohukiwanie sowy i widziała jakieś przemykające zwierze. Czuła zimno otaczające ją, i nie wiedziała czy to dlatego, że jest odziana jedynie w przewiewną, biała sukienkę czy dlatego, że jest tak bardzo przerażona. Posuwała się na przód, ale las nie kończył się, a z każdym krokiem poszerzał, jakby z niej kpiąc. 
Gdy jakieś drzewo przesunęło się i korzeń podpełzną w jej stronę krzyknęła. Albo raczej chciała, ponieważ głos nie wydobył się z jej gardła. 

*** 
- Co z nią? - spytała Anabel wchodząc do pomieszczenia oświetlonego unoszącymi się wokół świecami. Zwinnie ominęła wszystkie, by stanąć obok Andera. Jego dłonie sprawnie manewrowały nad dziwnie bladym ciałem zawieszonym w powietrzu. Pot spływał z jego czoła, ale nie przerywał litanii dopóki nie poczuł dłoni czarodziejki na swoim ramieniu. Westchnął na chwilę odrywając się od czynności, choć magia nadal nie zgasła utrzymywana przez jego energie. 
- Stabilna. 
Anabel prychnęła odgraniczając swoje blond włosy. 
- Co znaczy tyle, że j e s z c z e żyje. Naprawdę nie wychodzi ci pocieszanie - stwierdziła z lekką kpiną w głosie, acz w jej oczach Andear nie dostrzegł znanego błysku. I naprawdę nim to wstrząsało. 
Anabel bez precedensu postawiła sobie krzesło koło Lucy i na nim usiadła. 
- Idź, odpocznij, ja się nią zajmę - powiedziała lekko, jakby wcale nie była dobita ostatnimi wydarzeniami. Jakby to nie ona uczestniczyła w próbie usunięcia zaklęcia. A właściwie nie próbie - Andear z usatysfakcjonowaniem spojrzał na nadgarstek gdzie pozostała jedynie czerwona blizna. Lucy, bądź co bądź, już nie była związana, a jej magia, którą Andear starał się zrównoważyć, przenikała obok nich. 
- Ty też jesteś wykończona - przypomniał. Anabel posłała mu słaby uśmiech. 
- Trochę, ale chyba nie sądzisz, że to mi w czymś przeszkadza? Już wiele razy, jak wiesz zresztą, byłam w gorszym stanie i przeżyłam, ale ty mój drogi przedstawiasz sobą obraz nędzy i rozpaczy. 
- Nie, żebym chciała cię obrazić - dodała po namyśle. Adear był jej wdzięczny, że starała się rozładować nieprzyjemną atmosferę. Przyznał przed samym sobą, że dzięki temu trochę się rozluźnił. 
- Nie obraziłaś - przyznał. Faktycznie nie wyglądał dobrze. Jego twarz naznaczona czarnymi runami przypominała oblicze zmęczonego życiem starca, fioletowe oczy przyciemnione były sińcami dookoła nich, a rude włosy... - tego nawet on nie chciał komentować. Do tego drżały mu ręce, przez co teraz musiał je wsadzić do kieszeni spodni. 
- Jak Nathaniel? - zapytał. 
- Dobrze. W końcu zasnął, chociaż jeszcze przed chwilą mówił, że nie jest zmęczony. Urocze - parsknęła przypominając sobie jego minę, gdy jej to oświadczał. Już wtedy niemal zasypiał, bo przecież i on, ogłuszony krzykami, nie przespał całej nocy. Oni jednak mogli wzmocnić się zaklęciami, a Nathaniel - nie. 
Andear pokiwał w zrozumieniu głową. 
- Idź - ponowiła Anabel szorstkim, nie znoszącym sprzeciwu tonem. I Adear, zrezygnowany, uległ jej. Już kierował swoje ciężkie kroki do drzwi, kiedy niespodziewanie dobył go jęk. Obrócił się gwałtownie spoglądając na Anabel, jednak to nie ona go wydobyła - Lucy otworzyła oczy i skierowała na nich rozumne spojrzenie. Blask, srebrny blask, tętnił życiem. 
- Nareszcie - westchnął z ulgą Adear. Anabel, co dziwne, także wydawała się tym faktem uradowana. W tym samym momencie, Lucy powstała. I Andear zauważył, że na jej twarzy nie gościł uśmiech, a grymas. Grymas bólu. Nim się spostrzegł, było za późno. 

czwartek, 1 września 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 9

Witam! Chociaż nikt tutaj nie zagląda (może z dwie, trzy osoby) to i tak postanowiłam napisać kolejny rozdział. Możliwe, że tylko dlatego, iż ktoś ostatnio wychwalił to opowiadanie i prosił bym je zakończyła. Co prawda nie mam zupełnego pojęcia, czy Córka Śmierci doczeka się końca to z każdym rozdziałem jesteśmy jego bliscy, prawda? ;) Nie przedłużając - witam z powrotem! 
________________________________________________________________________________




Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 9


"PĘTLA"
(odzyskane zapiski)
W świetle ognia zbłądzili 
Drogę, wędrowcy, pogubili
Czarne szaty, blade twarze
Biali Magowie, 
Oto prawda się Wam 
ukarze...
I Magia Krwi zadrży 
Gdy stojąc przed wrotami piekła 
Krew Boga, Bóg w krwi waszej 
Koniec nie ma początku 
i początek nie ma końca...
Bali Magowie
W czarne szaty odziani 
(Ślepi, Głupcy)
W świetle ognia zbłądziliście 
Drogę, wędrowcy, pogubiliście
I choć wciąż jej szukaliście 
Nigdy już do domu
Nie powróciliście... 
Oraculum


Nie wiedziała co czuła wpatrując się w swego ojca, który wydawał się być zupełnie kimś innym. Tylko kim? To pytanie błądziło gdzieś w jej umyśle, ale nie znajdywało odpowiedzi. 
Śmierć poruszył się pod jej czujnym spojrzeniem. Zapewne tak jak ona wyczuwała w nim zmianę, tak on widział ją w niej. Ale nie wydawał się być przerażony, a przecież wiedział
Uśmiechnął się, tak jak ojciec uśmiecha się do niesfornej córki, było to zdumiewające, osądziła Rosemary. Wyciągnął do niej swoją młodą dłoń, i wydawało się, że jest ona niema biała, tak bardzo kontrastująca z czernią jego szaty. 
Nie wiedziała co spowodowało, że podeszła i bez lęku dotknęła niemal nieśmiało jego skóry, by po chwili poczuć w sobie ostoje. Poczuć tak wielkie ukojenie jak nigdy. Ciemność zawrzała. 
Przymknęła oczy, na chwilę, może zaledwie na sekundę, to nie było ważne, ważne było, że, gdy tylko je otwarła, wróciła. A przed nią stał ojciec, ojciec, który wybawił dziecko od szaleństwa. 
I była mu wdzięczna. 

***
Tenebrae przebudziła się nie ze snu, lecz ze świata, którego ludzki umysł nie mógł pojąć. Był to, albowiem świat doskonały, świat przepełniony dobrem i harmonią, a przede wszystkim było to miejsce gdzie Lucyfer nie miał wstępu. 
Oto przebudziła się Tenebrae, by móc ujrzeć pośród ciemności prawdę, pośród szeptów usłyszeć nadzieję.
Jej oczy dryfowały w ciemności patrząc i dostrzegając coraz więcej i więcej... 
Ciemność chłonęła całą sobą to, co dane było jej zobaczyć i poczuć. Zbierała informację, analizowała je i zdawało się, że czegoś uparcie szukała. Ale, gdyby ktoś zadał jej pytanie, czego dokładnie, nawet ona nie umiałaby odpowiedzieć. 
Przeczucie, a może zupełnie coś innego, nią kierowało, wskazywało drogę. 
Nic dziwnego więc, że po jakimś czasie głosy przystały, a ona odnalazła w ciemności to co zdawało się być najistotniejsze - odpowiedzi. 
Wizja Śmierci i Rosemary, wizja daleka, a jednak jakże prawdziwa. Dłoń dotykająca dłoni i wszechogarniający spokój. 
- Oto się dokonało - szepnęła zadowolona Tenebrae, już się nie bojąc. Nawet Ciemność, pomyślała, drży w ciemności. Ale czasy te minęły, a przynajmniej taką miała nadzieję. 
Tenebrae zamknęła powieki i z powrotem oddała się w ręce odległej rzeczywistości. 

***
Andear wkraczający do salonu nie był tym samym Andearem, którego znały obie kobiety. Niezwykłe skupienie, twardy wzrok - to wszystko sprawiało, że wyglądał obco. I może dlatego Nathaniel nie przyszedł z nim, nie chcąc oglądać tego co mieli zamiar uczynić, pomyślała Anabel. Zaraz potem jednak, wbrew jej myślom, blondwłosy mężczyzna wyłonił się z cienia i stanął w progu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chwilę trwał tak, by już po chwili poruszyć się i niemal przepłynąć cały salon. Dopiero przystanął na przeciw Andeara.
Powietrze w tym samym momencie zgęstniało. Magia uniosła się nieznacznie i owiała łowcę delikatnie i pocieszająco. Próbując go ochronić? 
Zielone tęczówki ścierały się z tymi fioletowymi, a myśli i wspomnienia dzieliły się między sobą, równocześnie się łącząc. 
Była to chwila intymna dla obu, mówiąca więcej niż słowa. 
I stali tak będąc nagimi wobec siebie. Będąc wierni i oddani. 
- To jeszcze nie mój czas - stwierdził lekko Andear, przerywając niepojętą dla reszty ciszę. 
- Wiem. - Nathaniel poklepał go po ramieniu. - Właśnie dlatego, nie chce byś za bardzo ryzykował. 
- Ja nigdy nie ryzykuję - osądził Andear z niezachwianą pewnością siebie, chociaż nie mówił prawdy. Te czasy odeszły już dawno temu, a dokładniej mówiąc - od pojawienia się Anabel. 
Czarodziejka, jakby czytając w jego myślach, odwróciła się w tej samej chwili posyłając mu jeden z tych swoich bezczelnych uśmiechów. 
Nathaniel przewrócił oczami i wyszedł, zapewne udając się do drugiego pokoju. Nikt go nie powstrzymywał - gdy chodziło o magię, był zbędny. 
- Zaczynamy? - Lucy zadała pytanie z wahaniem, ale Andear się nie przejął. Nie miał powodu, ona i tak już podjęła decyzję. 
Andearowi nie pozostało nic innego niż pokiwać potwierdzająco głową i przystąpić do dzieła. 
Zapowiadała się naprawdę długa noc.

***
Rudowłosy mag wcale nie powiedział, że będzie łatwo, ale mimo to Lucy łudziła się, dopóki nie poczuła jak magiczne więzy otaczają ją i zaciskają się z całą swoją mocą unieruchamiając na krześle. Adear, jak zwykle zresztą, zachowywał największe środki ostrożności. 
Lucy widziała w czasie, gdy nakładał liczne zaklęcia na nią i na cały dom, jak Anabel odmawia niezrozumiałą litanie. Kątem oka dostrzegła, że czarodziejka tnie ostrzem wzdłuż swojej ręki, a krew spływa do stojącej na stole miski. Lucy się to w ogóle nie spodobało. 
- Spokojnie. - Głos Andeara jest kojący i białowłosa zastanawia się, czy przypadkiem nie owiał ją swoimi czarami, ponieważ faktycznie już czuje się lepiej. Może dlatego, iż nic nie widzi spod nagłej mgły, która przysłania jej obraz. 
- Skończyłaś? - Adear pyta Anabel, a w jego głosie już nie ma ani jednej miłej nuty. Czarodziejka odwraca się i Lucy dostrzega światło bijące od jej policzka. Motyl zdaje się, że porusza swoimi złotymi skrzydełkami. 
- Tak. - I podaje mu miskę z której ulatnia się czarny dym. 
- Co to jest? - Białowłosej jakimś cudem udaje się zadać pytanie. Przez chwile Andear także używa jakiś niezrozumiałych słów nad misą, ale przerywa i odpowiada:
- Magia krwi. Pętla z tej magii powstała i tylko ta magia może ją pokonać. Chociaż nie jestem pewien czy uda mi się przeniknąć runę i wdrążyć w nią energie Anabel. 
- Miejmy nadzieję, że tak - dodaje Anabel już zbierając siły na kolejny czar. - I miejmy nadzieję, że to przeżyjesz. 
Lucy nie rozumie dopóki Andear nie pochyla się nad nią i szepcze prastare słowa, słowa, które ciemna magia przenika doszczętnie, wdraża się i wpija w nią. I Lucy krzyczy, najpierw cicho, a potem... potem ból owleka całe jej ciało, jakby nóż przecinał każdą tętnicę i każdą kończynę. Jakby nie pozostawiał nic. I gdzieś tam Lucy słyszy, spokojnie wypowiadane zdania:
- Et erunt in sanguinem, fortitudo egeno agit. Sit coeptus sanguis magicae magicam nigram interitum. Et sanguis sanguinem influit... Magia Magicae Sanguinem tantum est et est actio! * 
Krzyczy z całych sił. Boli, tak bardzo boli... Lucy ma płytki oddech, naprzemiennie przymyka oczy i je otwiera, płacze. Czuje jak skórą ją pali, jak Pętla uparcie przypomina o swoim istnieniu, jak się broni.  
A Andear nie przestaje, pozostaje obojętny na jej krzyki. Tak bardzo nieczuły. 
I dalej krzyczy, zdziera sobie gardło, ale to nie ma znaczenia. Próbuje zerwać magiczne więzy, które przytrzymują ją na miejscu. 
- Maiores nostri et omnium antecessorum meorum... dabo potestatem accepit date et dabitur vobis... virtute sanguinis motus est Magia Magicae et Sanguis fiat!** - Głos Andeara rozbrzmiewa po całym pomieszczeniu wraz z jej krzykiem. I w tej jednej chwili Lucy czuje jak jej ciało przemienia się. Najpierw pazury, potem oczy - mgła znika, widzi wszystko dokładnie, czuje wszystko dokładnie. I nie chce tego. Ból nie tylko od czarów, ale także od niepełnej przemiany sprawia, że ledwo oddycha. 
- Cholera, Anabel, powstrzymaj to! - wydziera się na blodnwłosą Andear i dalej kontynuuje - Illi autem tulerunt legitima magicae. Qui autem in virtute potestatis distantiarum. Et quid vos iustus have vos... sanguinem sumpsit, et factus est sanguis Magia Magicae reactionem est!***
Anabel zagryza wargi i z całych sił ponawia czar. Magia, ta dobra, kojąca magia, owleka Lucy i nie pozwala się jej przemienić. Mówi jej - nie teraz, nie gdy twe życie jest na szali. Nie wiadomo czemu, Lucy słucha, bo ten głos brzmi jak jej matka, jak to wspomnienie, tak bardzo odległe...
Mamusiu... 
- Sanguinem sanguis Magia Magicae, quae feci in elit!!!****
I to nie koniec, nie, to zaledwie początek ogromu bólu. Czuje bolące cieńcie na nadgarstku, krew, nie jej krew, która wchłania się w żyły. I zaklęcia - seria zaklęć, nieznanych, niepojętych... mrocznych. Tak, własnie - ciemność. To widzi i zdaje się, że owa ciemność ją pochłania. 
Zabawne... 

***
Oczywiście, że słyszał głosy, uszy go niemal od tego bolały, ale nawet nie drgnął. Ile razy to już sluchał gorszych krzyków i nawoływań, ile razy przyszło mu torturować jakiegoś demona czy też wampira? Nie umiał policzyć, choć obrazy stojące mu przed oczami były zaprawdę barwne. Gdy znowu przedarł się przez ścianę wrzask, zmrużył oczy i położył się na miękkim łóżku, od razu kierując spojrzenie na nieskazitelnie czysty i biały sufit. 
I czekał, nic innego przecież mu nie pozostało... 
_____________________________________________________________________________

*Niech krew przepłynie, złą siłę przegoni. Niech krew przepłynie, czarna magia, magię czarną zniszczy. Niech krew przepłynie... Magia Krwi to sprawiła i tylko Magia Krwi to odczyni! 
** Przodkowie moich przodków i przodków nasz wszystkich, oddajcie to coście zabrali... oddajcie moc, a moc wam będzie dana... Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni!
*** Ci, coście magię prawowitą zabrali. Ci, co moc w mocy oddali. Właśnie was wzywam, byście zwrócili to, coście zabrali... Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni!
**** Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni! 

Tak na koniec powiem, żebyście czasem nie próbowali tego kopiować i wstawiać do google tłumacza - otóż on zapewne ukarze wam zupełnie inne tłumaczenie niż mi kilkaset razy. Naprawdę! Ale cóż poradzić - google tłumacz to google tłumacz, czy ma sens ten łaciński czy nie, przynajmniej fajnie brzmi ;) Aha i jeżeli ktoś zwrócił uwagę, w jednym momencie używam czasu teraźniejszego, ale to nie błąd - użyłam go z pełną premedytacją, by oddać całą tą scenę i abyście bardziej mogli się wczuć w przeżycia Lucy, chociaż szczerze mówiąc i tak nie jestem z tego w pełni zadowolona... 

sobota, 7 maja 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 8




Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 8

„PĘTLA”
W świetle ognia zbłądzili 
Drogę, wędrowcy, pogubili
Czarne szaty, blade twarze
Biali Magowie , 
Oto prawda się Wam 
ukarze…
(tutaj słowa się zacierają, jakby specjalnie zamazane)
                                    Oraculum

W powietrzu unosił się zapach strachu. Przeniknął on liczne kolumny, oraz malownicze ściany komnaty niczym potężny czar zniewalający. Jakby sama pętla zapulsowała naznaczając magów. 
Najwyższy z trwogą obserwował nieufne spojrzenia i przerażone oblicza członków Rady. Najbardziej jednak bolał go widok dwóch, pustych miejsc na czele. 
Andear i Anabel już nigdy nie mieli zasiąść do kręgu. 
Rada wydawał się być tym faktem bardzo niezadowolona. Zdrada, której się dopuścili była niewybaczalna. I nawet Najwyższy nie mógł nic tutaj zaradzić. Dokonało się.
Westchnął. Tak wiele się zmienia, tak wiele z tych zmian bezpowrotnie. I Najwyższy nawet teraz, siedząc przed resztą członków, przygotowywał się na najgorsze. Czas jego i jego braci nadchodził. 
- Bracia – odchrząknął. – Wydarzenia, które miały miejsce utwierdziły nas w jednym. Dziś jesteśmy jednością, rzekłbym nawet rodziną. Jutro zaś możemy stać się wrogami.  
Słowa Najwyższego, jak sam się spodziewał, wzbudziły lekkie oburzenie. Nastał gwar, w którym niejeden z magów zaprzeczył, twierdząc o swoim oddaniu Radzie. 
Kącik ust Najwyższego drgnął. A on kontynuował, jakby nie zważając na przekrzykujące się głosy. Gdy zadrgały mocniejsze nuty, magowie ucichli zlęknieni i wsłuchani. 
- Niegdyś dwunastu apostołów, teraz dwunastu znakomitych magów. Niegdyś służyliście Jezusowi, dziś służycie mi. A jam, z wolą nieba wskazuje wam drogę. Drogę, którą sami wybieracie. – Najwyższy zamilkł, patrząc kolejno każdemu prosto w oczy. Po długiej chwili ponownie zabrał głos. 
- Zdradzono nas – warknął z mocą. – Ci, których dziś tu nie ma, wybrali inny szlak. Owiany hańbą. Żałuję, że do tego dopuściłem, że pozwoliłem by zdrajcy trwali z nami przy tym oto kręgu, jako w pełni godni magowie. Ale czyż to nie Judasz zdradził Jezusa? Samego Odkupiciela, jako jeden z jego oddanych uczniów? – pytanie zawisło w powietrzu. -  Teraz i nas oszukano. 
Saar posłał satysfakcjonujące spojrzenie Najwyższemu. Czarodziej był bardzo zadowolony; tylko Najwyższy umiał zmanipulować członków by na nowo uwierzyli, iż Rada jest niezwyciężona. 
Bracia wyglądali na spokojniejszych i pewniejszych.  
Najwyższy poprawił się na wysokim, pozłacanym krześle. Jego szare oczy zapłonęły. 
- Tak, więc jesteśmy niepełni. Dziesięciu przedstawicieli na dwanaście miejsc. Dlatego ugościmy dwóch, nowych członków. Mirio i Jarleu, wejdźcie – nakazał.  
Niespodziewane ogromne drzwi komnaty samoistnie rozwarły się. Cichy zgrzyt. Stup obcasów. Lśniąca, srebrna szata. Czarne, długie, opadające na ramiona włosy. Miria szła powoli, niczym bogini. Jej twarz nie zdradzała niczego, tylko oczy nienawistnie łypały na każdego. Za nią, jak cień, posuwał się na przód młody mężczyzna o dziwnie egzotycznej urodzie. Choć miał niemal białą, azjatycką cerę, to na odkrytej twarzy malowały się liczne pręgi i blizny. Możliwe, iż niegdyś były to runy. 
Miria skinąwszy głową, zasiadła do stołu. Zaraz potem Jarleu uczynił to samo. 
Trwała przerażająca cisza. Żaden czarodziej nie odważył się nawet westchnąć. Najwyższy patrzył na to z rozbawieniem. 
- A oto Miria, osądzona, dziś na powrót członkini Rady Magów. – Tylko Miria dostrzegła wyzwanie w oczach Najwyższego. I zdecydowała się je odeprzeć. 
Saar uśmiechnął się. 
Jarleu parsknął. 
Członkowie milczeli. 
A Najwyższy zastanawiał się, którą figurę teraz przesunąć. Nie wiedział jednak, że ma godnego przeciwnika.

***
- I oto anioły zapłakały – stwierdził Śmierć przekraczając próg posiadłości. Czarne niebo przysłoniły szare i smutne chmury, a deszcz obijał się o szyby okien. Od czasu do czasu wrogi wicher wprawiał w ruch czarną, postrzępioną szatę Śmierci, która powoli przeistaczała się w piękny, jedwabny materiał. Sam Śmierć wydawał się być jakiś inny, jakby wszelkie niesprawiedliwości tego świata wypchnął ze swojej jaźni na powrót odzyskując brakujący fragment samego siebie. Siłę, którą zagubił gdzieś po drodze. 
„ Długi czas zajęło mi zrozumienie „  – pomyślał. 
Śmierć pchnął dłonią drzwi, które pod  jego naporem, ze zgrzytem się otwarły. A on wszedł, czując bijącą od tego miejsca siłę. Napierała ona na wszystkie przedmioty, burząc dookoła harmonie. 
Zastał Rosemary ponownie rozwartą na fotelu. Wyglądała na zagubioną i samotną, a drżąca moc utwierdziła go w tym przypuszczeniu. Gdy czerwone oczy skierowały się w jego stronę, dostrzegł w nich niedowierzanie. 
- To ty ojcze? – usłyszał. Czuł, że się zmienił, nie wiedział tylko jak bardzo. 
- Tak, córo. Powróciłem. – I była to prawda. Śmierć powrócił - piękny i silny. Powrócił, by zmienić bieg historii. 

*** 
Lucy nie wierzyła, nie mogła wierzyć w szaleństwo. A mimo wszystko, gdzieś na dnie pojawiła się myśl, że to możliwe. Tylko dlaczego to właśnie im miało się udać? 
- Ponieważ jesteśmy gotowi na ryzyko – odparł nagle Andear przeczuwając jej pytania. – Ponieważ – dodał – świat nas potrzebuję. 
Andear obrócił się w stronę okna zauważając, że panowała noc, a z chmur na ziemie skapywały liczne krople, które już po chwili zamieniły się w nieprzyjemną ulewę. 
- Czuję, że jest zbyt wcześnie byśmy mogli odejść z tego świata. Sądzę, że każdy z nas ma do wypełnienia swoje własne zadanie. Przeznaczenie, jak to mówią. Ja wiem,że jeszcze swojego nie wypełniłem. 
Lucy chciała się zaśmiać, suchym acz jowialnym śmiechem. Nie zrobiła tego, słowa Andeara sprawiły, że zastygła z własnymi wątpliwościami. Nie oszukując się, wiedziała, że jej życie to jedno, wielkie pasmo nieszczęść i życiowych porażek. Myśl, którą zbudził Andear, a mianowicie, że może to wszystko miało jakiś sprecyzowany cel prowadzący do jej własnego przeznaczenia, dodawała otuchy. 
- Pytanie tylko czy potrafisz to zrobić? – spytała odruchowo zerkając na nadgarstek. I tym razem łudziła się, że zwiędła róża zniknie, a kilkuletni koszmar okaże się wyłącznie złym, nieszkodliwym snem. Marne były jej nadzieje. Szkaradna runa niemalże z niej drwiła. Gdy tylko przymknęła oczy mogła poczuć zdradzieckie macki tak boleśnie uświadamiające jej o kalectwie. I pulsującą namiastkę mocy. Zarazem tak bliską, a jednak tak bardzo daleką. 
Andear ujrzał na twarzy Lucy zawód, który nie ośmielił się skomentować. Nadal wina spoczywała na jego barkach. 
- Czy potrafię? 
Było to pytanie retoryczne na które Andear nie potrafił odpowiedzieć. Dlatego Lucy nie drążyła tematu, zamiast tego spytała o coś, co od początku tej rozmowy ją gnębiło. 
- Nie rozumiem jednego: czemu ja? 
Andear przez chwile milczał w skupieniu przypatrując się jej postaci. A potem sprostował:
- Jeżeli chodzi o twoje ograniczenia magiczne - nie musisz się martwić. Zaklęcie które będziesz rzucała jest jednym z zaklęć dobrze ci znanych. Meritum. Osłabiające inne zaklęcia. Banalnie proste, ale jakże skuteczne.
Prawa brew Lucy podeszła ku górze.
- I to wystarczy? 
Andear po raz pierwszy od ich rozmowy parsknął śmiechem. Nie było jednak w nim ani krzty radości. 
- Oczywiście, że nie. Zaklęcia Rady są silne, a zaklęcie zniewalające... powiedzmy jest w istocie bardzo, bardzo potężne. Zwykłe zaklęcie Meritum myślę, że na nic by się tu zdało. Może tylko lekko podważyć milczenie, którym zostaliśmy owiani. 
- A więc po co...?- Lucy nadal wydawała się nie rozumieć koncepcji Andeara, dlatego kontynuował z pobłażliwym uśmieszkiem.
-  Powiedziałem: lekko podważyć. Jeżeli dobrze wszytko przemyślałem dwa Meritum, rzucone przez ciebie i Anabel poruszą czar, na niewiele, ale to może mi pomóc przy pozostałych zaklęciach, które wykonam. 
- Zaklęciach? 
- Nie znasz ich i lepiej, dla twojego dobra, by tak pozostało. 
Lucy po raz drugi zerknęła na rękę. Potarła kciukiem tatuaż.
- Naprawdę dasz radę? - spytała z nadzieją. Andear wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
- A mam wybór? - odparł pytaniem na pytanie. 
- To szaleństwo - podsumowała. I tego jednego była pewna jak nigdy. 
- Oczywiście - skwapliwie przyznał Andear - Najbardziej zastanawia mnie co nim jest; czy to, że chce zdjąć twoją pętlę, czy to, że pragnę na dobre pozbyć się milczenia.
- Bynajmniej. Nie wierzę, że ci się uda - przyznała otwarcie. Lucy już pogodziła się z ewentualną porażką. 
- Czyli, mam rozumieć, że odmawiasz?
- Tego akurat nie powiedziałam. - Na usta kobiety wtargnął lekki uśmiech; przeplatał się z obawą w oczach. 
Andear udawał, że tego nie widzi. Skierował się do wyjścia, gdy tylko uzyskał to po co tu przybył.
- Przygotuj wszystko w salonie - powiedział na odchodnym. I choć Lucy potaknęła głową, Andear nie mógł tego zobaczyć; już otwierał drzwi. Nagle jednak przystanął, zawahał się i odwrócił. 
- Nie mów Nathanielowi, jaką cenę możemy za to zapłacić - nakazał z zadziwiającą powagą. 
Potem oddalił się. 

***
Blond włosy mężczyzna rozprostował się na miękkim łożu tuż obok nerwowej Anabel chodzącej wzdłuż i wszerz sypialni. Gdyby kobieta mogła, z pewnością zbiłaby nie jeden wazon. Tym razem musiała z racji tego, że nie była u siebie, zachować chociaż pozory przyzwoitości. Nathaniela mógł śmiało obstawiać zakłady ileż ten złudny spokój będzie trwał. 
- Długo zamierzasz się wiercić? 
Kobieta posłała mu jedno ze swoich wyniosłych spojrzeń. Nathaniel parsknął. 
- Dawno cię takiej nie widziałem. - Anabel w końcu zdecydowała się usiąść na białym parapecie. 
- Ciesz się póki możesz - rzekła. 
- Sądząc po twojej mnie, wnioskuję, że nie pochwalasz decyzji Andeara. 
- Zdaję ci się - prychnęła. Anabel zdziwiła się, że Nathaniel nie drązył tematu. Po prostu przymrużył swoje hipnotyzujące oczy i cieszył się otaczającą go złudną ciszą. Nie zastanawiał się, nie myślał, a może tylko na takiego wyglądał. I choć Anabel wiedziała, że nie domyśla się co czeka obojga magów, to rozumie, że nie wszystko jest w porządku. Bo nie było. To co chciał uczynić Adear wykraczało poza jej możliwości, ale skoro on twierdził, że może się udać... 
- Pytanie tylko co jeśli nie - szepnęła do siebie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nathaniel posłał jej zdziwione spojrzenie, ale w dalszym ciągu milczał. Anabel w duchu wiedziała co się może stać jeżeli im się faktycznie nie powiedzie. Przynajmniej właśnie z tego powodu nikt nie był na tyle głupi by paprać się w sprawy z pętlą, lub - co gorsza - milczeniem. Te czary były jednymi z najgorszych jakie do tej pory znała. Pętla - każdy czarodziej wiedział co oznaczało to słowo i z czym się wiązało. I z pewnością nie była to przyjemna sprawa.
Natomiast milczenie nakładane było przez kilku czarodziej z Rady, zazwyczaj tych najlepszych, a na czele ich jak zwykle stał Najwyższy, który to prowadził tę ceremonię. Anabel mogła tylko się domyślać, że i Andear miał zaszczyt nakładania milczenia w czasach nie tak dalekich. Kobieta ze zdumieniem uświadomiła sobie, ze jeszcze wczoraj Andear był jednym z najbardziej oddanych magów Radzie.
Patrząc teraz przez pryzmat tego co zrobił dla Nathaniela Andear naprawdę zyskał w jej oczach. Porzucił dla niego wszystko.
Anabel zatrzymała się i spojrzała przenikliwie na Nathaniela, który w dalszym ciągu leżał na łóżku z odchyloną ku górze głową i patrzył na biały sufit. Jego zielone, magnetyczne oczy teraz wyglądały na dziwnie smutne i obojętne. Twarz jego - ta młoda, dziecinna twarz wydawała się być  jedynie maską za którą krył się człowiek naznaczony przez wieloletnie życie. 
Anabel uśmiechnęła się i podeszła do mężczyzny. Stanęła nad nim i położyła swoją dłoń na jego dłoni. Nathaniel drgnął. 
- Czy tego chcesz czy nie nigdy nie będziesz sam - powiedziała. 
- A przynajmniej nie, kiedy ja żyję - nagły głos sprawił, że Anabel gwałtownie się odwróciła przybierając na powrót zadziorną minę. 
- Oh, nasz przywódca powrócił - sarknęła, ale w duchu cieszyła się, ze Andear już przybył. 
Andear stał spokojnie w przejściu i emanował pewnością siebie i siłą. Siłą nie tyle magiczną co po prostu mentalną. 
- To co, ratujemy świat? - zapytała. 
Brew Andeara podeszła ku górze. 
- My? - zakpił. - Jak już, moja droga, to j a ratuje świat. 
- Idziemy - dodał i wyszedł. 
Anabel zdumiona przystanęła. 
- Czy on właśnie zażartował? 
- Tak - odparł rozbawiony Nathaniel. 
- Już po nas - sierdziła przerażona Anabel. 
Nathaniel zrozumiał, że lepiej jej bardziej nie dobijać, bo ,bądź co bądź, Andear żartujący nie mógł oznaczać nic dobrego. Czyli słowem - Anabel miała rację. Było po nich. 

sobota, 23 kwietnia 2016

PYTANIE DO CZYTELNIKÓW

Zdecydowałam się w końcu zajrzeć na tego zapomnianego już bloga. Szczerze mówiąc mam do niego ogromny sentyment, dlatego chciałam się zapytać czy ktoś jeszcze czyta Córkę Śmierci i czeka na kontynuację i czy - jeżeli takowi się znajdą - chcą bym kontynuowała tę historię? Właściwie zastanawiam się od dłuższego czasu czy nie zacząć pisać tego opowiadania od początku, albo nawet poprawić tylko pierwsze rozdziały... Tak, więc raz jeszcze pytam: czy ktoś pragnie bym kontynuowała Córkę Śmierci?

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 7

Uff.. wróciłam! :D Co prawda bite trzy miesiące mnie tu nie było, ale zanadto nie powinniście się martwić. Cały czas o Was pamiętam! Tyle tylko, że są wakacje, a mi się po prostu pisać nie chciało w tak upalne dni. Gorzej jednak było wtedy, gdy jednak ślęczałam nad kolejny rozdziałem, ale za cholerę mi nie wychodziło! Uwierzcie takie chwile, kiedy autor pięćdziesiąty raz usuwa rozdział, by pięćdziesiąty pierwszy raz zacząć go od nowa, to najgorsze co może spotkać i cholernie nie polecam. Na całe szczęście w końcu wzięłam się w garść i powiedziałam sobie, że dopóki nie napisze dzisiaj rozdziału siódmego, to nie odchodzę od komputera. No i nie odeszłam :P Cały dzień pisałam to "coś". Już sama nie wiem czy to jest dobre, logiczne, i trzyma się kupy. Szczerze mówiąc jestem zbyt zmęczona by się tym teraz przejmować. Więc, Drodzy Czytelnicy (jeżeli takowi jeszcze jesteście) nie szczędźcie sobie ostrych słów, bo kto jak kto, ale DarkQueen zdaję sobie sprawę jak bardzo Was zawiodła. Nie jestem pewna co z tego wszystkiego jest gorsze: czy to, że tak długo mnie tu nie było, czy to, że przychodzę teraz z podkulonym ogonem niosąc ten oto beznadziejny rozdział...  


Wasza Odrzucona/Zrozpaczona DarkQueen
______________________________________

         


Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 7


Naszym wrogiem jest Strach,
przyjacielem - Obłęd, a Ciemność
wtenczas czeka, aby uderzyć...
Oraculum



Andear nie miał ochoty tłumaczyć im, cóż takiego d o k ł a d n i e stało się cztery lata temu. Byli jednak nieugięci, a Anabel zadeklarowała, że z chęcią użyje perswazji by nauczyć go mówienia. Cóż.. ta perspektywa nie była zbyt obiecująca. W ogóle nie była obiecująca. Tak więc, po dokładnym zastanowieniu poddał się; prędzej czy później i tak będzie musiał wtajemniczyć ich w swoją przeszłość, a przynajmniej tą część w której to uczestniczyła Lucy. I powiedzieć, że mu się to nie uśmiechało byłoby z pewnością niedomówieniem – Andear przez całe cztery lata uciekał od przerażających wspomnień, niechcianych myśli i wyrzutów sumienia. Oczywiście, że w końcu zapomniał. Niemniej, gdy tylko zobaczył kobietę zrozumiał, że tak naprawdę nigdy nie pozbędzie się tej przykrej części ze swojego długiego życia. Było to zupełnie niemożliwe. Mógł tyko tkwić we własnej iluzji, wiedząc, że jest zniewolony przez samego siebie.

Nagłe chrząknięcie i wrogie spojrzenie Anabel przywróciło go do rzeczywistości. Nathaniel także z niecierpliwością czekał, aż Andear uczyni im tą przyjemność i zacznie w końcu mówić.

- W sumie dziesięć lat – szepnął Andear jakby do siebie. Nathaniel posłał mu nic nierozumiejące spojrzenie tym samym ponaglając by wyjaśnił.

- Sześć lat szkolenia, a potem przez całe cztery lata aż do dzisiaj się nie widzieliśmy. Niedługo dla kogoś takiego jak ja, ale wystarczająco by pozostawić po sobie niewidzialną rysę.

Oboje potaknęli głowami w niemym zrozumieniu. Sami najlepiej wiedzieli, że czas jest jedną z tych rzeczy, która leci nieubłaganie w tym samym tempie co zawsze i jest po prostu niezmienny. Żyli długo, można wręcz powiedzieć, że za długo. Pytanie tylko czy był to zaszczyt, czy kara. Każdy dzień znaczył ich. Uczył. Niekiedy Andear zastanawiał się jakim cudem nie popadł jeszcze w obłęd. Przez to co przeszedł i co widział już dawno powinien stracić wiarę i w siebie i w ludzkość. Po części może właśnie tak było. Ale zawsze pozostaje jakaś iskierka nadziei, która utrzymuje cię na powierzchni, ponieważ inaczej byś po prostu utonął w zimnej, lodowanej wodzie zwanej rzeczywistością. Przykre, ale jakże prawdziwe.

- Miałem już dużo adeptów, którzy dziś są znakomitymi magami. – Andear wyprostował się z dumą na wspomnienie wielu ze swoich podopiecznych. Jednak już po chwili ten dziwny blask z jego oczu znikł, a zamiast niego pojawił się smutek.

- Niemniej, gdy Saar poprosił mnie bym pod swoje skrzydła przygarnął Lucy nie byłem zadowolony. Anabel, ty najlepiej wiesz, jaki to jest obowiązek i ile wymaga poświęceń oraz tyle samo cierpliwości.

Kobieta parsknęła.
- Oczywiście – przytaknęła usłużnie, z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. – Te bachory z każdym pokoleniem są coraz gorsze. I myślą, że skoro ich rodzice są znakomitymi czarodziejami to nic nie muszą robić.
- Jak mniemam skutecznie wybijałaś im to z głowy – zakpił Nathaniel opierając się o blat stołu. Anabel pod nosem rzuciła tak by zielonooki usłyszał:
- I to jak.. skutecznie. 
- Wracając jednak do twojej historii, przyjacielu… - Nathaniel spokojnie czekał, aż Andear się wreszcie zbierze w sobie.
Czarodziej wzruszył ramionami.
- Zgodziłem się. Szczerze mówiąc nie miałem wyboru, Saar od początku był nieugięty. Tyle tylko, że zapomniał mi wspomnieć o najważniejszym – otóż Lucy, była czarodziejem półkrwi.
- Półkrwi? – powtórzył Nathaniel będąc w lekkim szoku – Szkoliłeś niepełnego maga?
- No tak, tego właśnie mogłam się spodziewać po tym starym, zgorzkniałym czarodzieju. To takie typowe dla Saara – warknęła z niesmakiem Anabel.
- Jak mniemam taki mag nigdy nie będzie mógł użyć pełni mocy – rzekł od niechcenia Nathaniel.
- Nie to jest najgorsze – zaczęła Anabel z przejęciem. – Czarodziej półkrwi nie może rzucać żadnych skomplikowanych zaklęć, czy nawet tych najprostszych, które wymagają użyczenia mocy komukolwiek lub czemukolwiek na czas długotrwały.
- Zaklęcia ochronne i uzdrawiające – domyślił się Nathaniel.
- Właśnie, co oznacza, że jedyne zaklęcia, które może rzucać należą do zaklęć ofensywnych – podsumowała. – Księga Veneficia Nocivia posiada wszelaki zakres takich czarów. My jako pełnokrwiści magowie uczymy się niewielu z nich, zazwyczaj tych najbardziej potrzebnych i niezbyt niebezpiecznych, jednakże w naszym wypadku – i tu znacząco spojrzała na Andeara – szkolenie przebiegało zupełnie inaczej. Powiedzmy, że Księga VN jest nam dobrze znana.
- Nie rozumiem do czego zmierzasz – wtrącił Nathaniel z niepokojem patrząc na Anabel. Jej zachowanie było co najmniej dziwne, albowiem z tego co wiedział Anabel nie była typem osoby przestrzegającej wytycznych.
- Zmierzam do tego, iż wiele z tych zaklęć jest, można powiedzieć, zakazanych. Veneficia Nocivia znaczy Czary Raniące. I nie na darmo właśnie tak została nazwana. Lucy, słowem, miała przejść szkolenie tylko opierając się na tej księdze.
- Uczyła się zabijać – podsumował Andear głosem wyprutym z wszelakich emocji.
Nathaniel trwał w lekkim zdziwieniu. Oczywiście wiedział, że Rada ma dziwne, niekiedy nazbyt surowe prawa. Że aż za bardzo przestrzega swoich zasad. Ale czy właśnie teraz nie zaprzeczali im? Jeszcze nie słyszał by Rada maczała palce, tak otwarcie, w nieuczciwych zagraniach.
- Miała być bronią w rękach Rady. Krótkotrwałą oczywiście - niepełni magowie żyją tyle co przeciętny śmiertelnik. – dodała kobieta wyglądając przez małe okno na ulice, jakby sprawdzając czy, aby na pewno nikt tam się nie czai. Na jej twarzy wyczytać można było ulgę, gdy nie zauważyła niczego podejrzanego. Ten widok rozbawił Nathaniela – Anabel uwielbiała, gdy się coś działo, a ona była w centrum wszystkiego, więc ta reakcja potwierdzała jak bardzo była wykończona.
- Mimo wszystko zgodziłem się – powtórzył Andear z żalem. – I nigdy nie wyjawiłem co zamierzała Rada w stosunku do niej.
- Uczyłem ją krótko, sześć lat to nazbyt mało na naukę nawet jak na mnie, jako nauczyciela – powiedział nieskromnie.
- Wtedy ją ugryziono. – Głos Anabel raczej oznajmiał niźli pytał. – Był pewien okres, gdy negocjowałam z przedstawicielami faerie na rzecz Rady, swoją drogą już nawet nie pamiętam o co szło, ale - o ile się nie mylę - to właśnie wtedy się działo. Ta cała sprawa z Lucy.
Widać było, że Anabel czuję się zirytowana faktem, iż dopiero teraz dowiaduję się o wszystkim. Nathaniel w pewnym sensie także odczuwał zawód do Andeara. Po części także był zafascynowany tym, iż mag potrafił tak długo utrzymywać to w sekrecie. Choć, gdy teraz ponownie to rozważył, to faktycznie Andear wydawał się być jakiś inny w tamtym czasie. Jakby był nieobecny duchem.
- Mnie postanowili wysłać na spotkanie z rasą wilkołaków. Nie miało być żadnych komplikacji, więc zabrałem Lucy po jej jakże uporczywych naleganiach. Niestety, był tam młody, rozszalały wilk, który popadł w obłęd i nim cokolwiek zrobiłem już było po fakcie. A, że Lucy jest półkrwi to łatwo przyswoiła wilczą naturę i przy następnej pełni przemieniła się.
Potem już tylko odbyła się rozprawa przed Radą. Nie zjawiłem się. Nie było takiej potrzeby bo wiedziałem, że to co się stanie jest nieuniknione. I faktycznie - Lucy została okrzyknięta zdrajczynią i brudno-krwistą. Dla Saara, Najwyższego, czy innym członków i przedstawicieli Rady nie miało znaczenia coś tak przyziemnego, iż Lucy nie była temu winna. Można raczej powiedzieć, że to ja nie zaradziłem, choć powinienem. 
Anabel ku zdumieniu mężczyzn podeszła do Andeara i poklepała go w ramach pocieszenia. Nieudolnie i niezgrabnie, ale widać Andearowi nie przeszkadzało to.
- Jesteś niepojęty.. i głupi – dodała po namyśle. – Tak, głupi, przyjacielu .
Westchnęła.
- Gdybyś tylko powiedział co się wydarzyło poparłabym twoje stanowisko i może udałoby nam się przekonać resztę co do niewinności Lucy. A ty, jak tchórz ukrywałeś przed nami prawdę. I myślałeś, że się nie dowiemy? – parsknęła.
- Lucy nałożyli pętlę? – wtrącił Nathaniel w tym samym czasie przeczesując swoje gęste, złote włosy. Andear na te słowa przypomniał sobie szkarłatne runy, które oplatały nadgarstek Lucy pozbawiając jej całkowicie mocy. Wzdrygnął się i Nathaniel już nie potrzebował odpowiedzi.
Pętla, o tak, Nathaniel akurat o tym był bardzo dobrze doinformowany. Najgorsza z możliwych kara dla zdrajców okrzykniętych przez Radę. Naznaczała cię symbolem upadku – cienką, ale jakże widoczną runą o wyglądzie niewinnego, zwiędłego kwiata. Róża, której łodyga oplatała cały nadgarstek, a kolce wbijały się aż do nasady. Ta róża raniła nie tylko ciało, a duszę uparcie przypominając czarodziejom smak goryczy i bólu. Smak ich mocy.

***

Przebudziła się, a raczej jej umysł. Świadomość. Ujrzała przed sobą krew. Czystą rzekę szkarłatnej cieczy. Niczym szlak zabrudzonej wody ciągnący się w jej stronę. Był to z pewnością makabryczny widok.
Wyciągnęła przed siebie dłonie zdumiona spoglądając na spływająca z nich krew. Jakby to nie do niej one należały.
Czuła się taka brudna, tak bardzo pokonana. 
- Czym ja jestem? – spytała siebie samą, wiedząc, że odpowiedź nie nadejdzie. Jej głos pomknął echem w stronę Otchłani. Jednak już po chwili nad sobą usłyszała przytłumiony, czuły szept, w którym – miało się wrażenie – jest zawarte wszystko.
- Córką Śmierci – odpowiedziała Tenebrae patrząc na leżącą Rosemary nieodgadnionym wzrokiem.
- Cierpisz – stwierdziła po prostu Ciemność i objęła twarz kobiety składając na jej czole pocałunek.  
- Ciemność się budzi. Z każdą chwilą coraz mocniej… - Tenebrae mówiła niezwykle cicho, a jednak na tyle głośno by Rosemary usłyszała. Przysiadła obok również brudząc się w rzece krwi. Jej złote włosy utonęły w czerwieni.
- Nie potrafisz jej opanować. Jesteś bezbronna. Śmierć od początku się ciebie obawiał i myślę, że tylko on wie z czym wszyscy tak naprawdę się mierzymy.
- Wszyscy? – zapytała Rosemary patrząc na Tenebrae zimno.
Ciemność jawnie zignorowała pytanie.
– Musisz zniewolić Ciemność, póki jeszcze możesz – stwierdziła z mocą Tenebrae.
Rosemary zmrużyła czujnie oczy.
- Nie rozumiem, przecież to t y jesteś Ciemnością. A więc, i moją mocą… - zaczęła.
- Jestem. Dlatego scal się ze mną.
Przez krótką chwilę czarnowłosa analizowała słowa Tenebrae. Na jej twarzy malowała się obojętna, bezpieczna maska chłodu. Ale, gdy zdecydowała się ponownie przemówić, trawił ją nieukrywany gniew:
- Jak? Jak mam to uczynić? Czemu nikt z was nie powie mi co mam robić?
- A posłuchasz? Czy gdybym odpowiedziała ci na wszelkie pytania, zrobisz to co słuszne, czy odwrócisz się od nas pochłaniając ciemność i niszcząc barierę, która jeszcze ochrania cię przed własnym obłędem?
Rosemary roześmiała się. Pogardliwie.
- A jak myślisz? – zakpiła.
Tenebrae pokręciła głową w geście niedowierzenia i wypchnęła ją z całą siłą z Otchłani.
- Głupia. Nie masz pojęcia czym jesteś. Kim jesteś.. A ja, natomiast, nie wiem jak cię powstrzymać…

***

Lucyfer spojrzał przed siebie z niebywałą goryczą. Lucjusz bacznie go obserwował, gdy ten, niczym cień, przechadzał się po szarym, stęchłym pomieszczeniu. To tutaj obecnie zadomowił się Lucjusz. W dzielnicy nędzy, gdzie wampiry takie jak on mogły polować wśród narkomanów, alkoholików lub dziwek. Nie były to co prawda luksusy, ale żarcie to żarcie. A gdy doskwiera głód nie patrzy się komu się wysysa krew, tylko czy takowa jest.
- Panie, co planujesz zrobić z tym łowcą? Moi poddani zaczynają się obawiać…
Ciemne, odrażające oczy zatrzymały się na Lucjuszu. Lucjuszowi coraz bardziej zaczynało się to wszystko nie podobać. 
- T y się mnie pytasz, co  j a  mam robić, bo twoje parszywe stwory się obawiają? – Głos Lucyfera był tak upiorny, że wampir odruchowo się wzdrygnął.
- Panie, ja…
- Milcz! Czy pozwoliłem ci łaskawie udzielić głosu? – Perfidny uśmieszek wypłynął na twarz Lucyfera, który z zadowoleniem patrzył jak Lucjusz się w sobie kuli. Tchórz.
- Wracając do tematu – w sumie to ciekawe, że właśnie o tym wspominasz, bo akurat zażegnałem sprawę i już nie powinien cię niepokoić absolutnie żaden łowca. Jesteście bezpieczni. Znaczy… prawie bezpieczni. – Uśmiech Lucyfera się poszerzył, a on sam popadał w istną euforię. – Albowiem jedyną istotą, której powinniście się obawiać, jestem ja.
- Ja. Rozumiesz?
- Tak, panie.
- A więc, skoro już sobie to wyjaśniliśmy, przejdźmy do następnej kwestii.
- Następnej? – ponowił Lucjusz zaskoczony. W tej samej chwili Lucyfer zmaterializował się tuż koło niego.
- Słyszałem, że masz  p e w n e  kłopoty… - zaczął Lucyfer szepcząc słodko i swoim stęchłym oddechem drażniąc ucho wampira.
- Tak? – Lucjusz powoli przełknął gulę w gardle.
- O tak.. mój drogi. – Smutek który pojawił się na twarzy Lucyfera nie dosięgnął jego oczu. – Twoi „ludzie” podobno, nie są zachwyceni z praw, które im narzuciłem. I tak sobie myślę… Cóż, może naprawdę jestem dla was za surowy? Może moje serce naprawdę jest za… twarde? Może, - Oczy Lucyfera zabłysnęły w półmroku – pakt powinien być zerwany?  A ja powinienem z powrotem odzyskać swoją utraconą część mocy..
„ Uśmiercając tym samym wszystkie wampiry” pomyślał Lucjusz przerażony. To było.. nie, nie miał na to żadnego określenia.
- Panie w imieniu całej rasy pragnę cię przeprosić za naszą niesubordynację z obietnicą, iż już nic takiego nie będzie miało miejsca. – Lucjusz zdawał sobie sprawę, że jego godność właśnie upadała.
- Z obietnicą? – parsknął Lucyfer. – Kpisz sobie ze mnie Lucjuszu? Oczywiście, że jestem pewnym, iż o  ż a d n y m  buncie już mieć posłuchu nie będę i sam, zapewniam cię, tego dopilnuję.
- I pragnę cię uświadomić , o tym, że nie chce słyszeć, iż rasa którą stworzyłem nagle boi się, jednego.. – warczał Lucyfer – samotnego.. łowcy ze sztyletem w ręku! To hańba! Dla was, a przede wszystkim dla mnie jako waszego stwórcy…

***
Lucyfer po wygłoszeniu jakże oficjalnej przemowy, ku uldze Lucjusza, przemienił się w czarny, przerażający cień i tak po prostu wyparował.
Ta wizyta jednak była co najmniej owocna. Łowca nie stanowił zagrożenia, co oznaczało, że sam Lucyfer o to zadbał.
- Zemsta się dokonała..synu – stwierdził uśmiechnięty Lucjusz przypominając sobie postać Luke’a, gdy ten triumfował z nim na podium rasy. Te czasy teraz wydawały się być odległe, ale niemniej wzruszające.

***

Ani Nathaniel, ani Anabel, ani Andear nie zapomnieli co się wydarzyło. I wiedzieli, że muszą powziąć pewne kroki. Tylko jak na razie nie mieli pojęcia co mogą zrobić.
Andear po tym jak zwierzył się przyjaciołom, wydawał się być bardziej pewniejszy i silniejszy, choć na jego oznakowanej twarzy malowało się zmęczenie. Ostatnio zresztą bardzo często tam zaglądało. Anabel również jakby przygasła.
Nathaniel za to czuł się tak samo jak zwykle, może tylko coraz to nowsze informacje go przytłaczały. 
Do jego myśli wdarł się obraz z przed kilku godzin, gdy czarodzieje wkroczyli do lochów, by go uratować. I nagle stwierdził, iż był to..
- … idiotyzm.
Anabel mimowolnie uśmiechnęła się, rozumiejąc co ma na myśli Nathaniel. Andear też tak mówił. Nie tak dawno.
- Dobra, podsumowując. Nadal jesteście owiani milczeniem, ale nie należycie do Rady Magów, a staliście się ich wrogami. – Nathaniel mówił spokojnie, a jego towarzysze milczeli słuchając co ma jeszcze do powiedzenia. – Uważam, że to było najgłupsze posunięcie na jakie mogliście wpaść. Najgłupsze. – Mężczyzna sugestywnie spojrzał na Anabel wiedząc kto był głową całego spisku i twórcą genialnego planu. – Niemniej, dziękuję wam. Kolejny raz uratowaliście mi dupę. I - niestety – zdaję sobie sprawę, że gdybyście mnie, ładnie ujmując, nie odbili, zostałbym skazany za coś czego nie zrobiłem.  Pewnie w tej chwili nie stałbym tutaj, a tkwił w pięknej, cudownej krainie Lucyfera mając przed sobą pieprzoną wieczność. A jednak teraz, z przykrością to mówię – wy też siedzicie w tym po uszy i nie ma dla nas drogi powrotu. Ja sobie poradzę, zresztą zawsze pakowałem się w kłopoty, Anabel z pewnością również uda się to wszystko przetrwać, ale ty mój drogi przyjacielu..? Andearze, jeszcze wczoraj byłeś wysoko postawionym magiem, a…
Andear nagle podniósł głowę i ręką nakazał zamilknął Nathanielowi.
- Oczywiście, że wiem z czym się to wiąże – prychnął. – Nie musisz mi prawić bezwartościowych morałów. I z łaski swojej nie zwalaj całej winy na Anabel. Przyznam to był jej, hm, pomysł, ale to ja go poparłem z pełną świadomością czekających nas następstw. Poza tym pomyśl – znamy się tyle lat i myślisz, że pozwoliłbym ci zginąć z rąk czarodziei, bo mają taki kaprys?
Anabel zaśmiała się na tą jawną kpinę Andeara. O dziwo w pełni się z nim zgadzała.
- Nie jestem dzieckiem i z naszej trójki – przyznam nieskromnie – to ja mam tu najwięcej zdrowego rozsądku, dlatego nawet nie jestem w stanie udawać, że wszystko jest takie jakie było. Ze smutkiem muszę przyznać, że od dawna nic takie nie jest. I sądzę, że teraz, gdy tu przebywamy, na zewnątrz dzieję się wiele złego.
- Zapewne – przyznała Anabel poważniejąc. 
- Anabel. – Kolejny raz oczy maga skierowały się na kobietę.
- Tak?
- Nie należymy już oficjalnie do magów, dlatego uważam, że powinniśmy zdjąć milczenie.
Nathaniel przyglądał się rudowłosemu przyjacielowi z niesamowitym zaciekawieniem. Andear jeszcze nigdy nie mówił tak pewnym tonem. Anabel wydawała się wytrącona z równowagi.
- Chcesz zdjąć milczenie?!
- Tak. - Andear nie zawahał się ani na moment. – Pragnę przekazać całą wiedzę Nathanielowi. Powinien wiedzieć, tyle ile my sami wiemy.
- A myślałam, że to ja jestem szalona. - Anabel spoglądała na Andeara zastanawiając czy przypadkiem czarodziej nie uderzył się w głowę.
- Ty wiesz, że…? – zaczęła.
- Wiem.