sobota, 7 maja 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 8




Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 8

„PĘTLA”
W świetle ognia zbłądzili 
Drogę, wędrowcy, pogubili
Czarne szaty, blade twarze
Biali Magowie , 
Oto prawda się Wam 
ukarze…
(tutaj słowa się zacierają, jakby specjalnie zamazane)
                                    Oraculum

W powietrzu unosił się zapach strachu. Przeniknął on liczne kolumny, oraz malownicze ściany komnaty niczym potężny czar zniewalający. Jakby sama pętla zapulsowała naznaczając magów. 
Najwyższy z trwogą obserwował nieufne spojrzenia i przerażone oblicza członków Rady. Najbardziej jednak bolał go widok dwóch, pustych miejsc na czele. 
Andear i Anabel już nigdy nie mieli zasiąść do kręgu. 
Rada wydawał się być tym faktem bardzo niezadowolona. Zdrada, której się dopuścili była niewybaczalna. I nawet Najwyższy nie mógł nic tutaj zaradzić. Dokonało się.
Westchnął. Tak wiele się zmienia, tak wiele z tych zmian bezpowrotnie. I Najwyższy nawet teraz, siedząc przed resztą członków, przygotowywał się na najgorsze. Czas jego i jego braci nadchodził. 
- Bracia – odchrząknął. – Wydarzenia, które miały miejsce utwierdziły nas w jednym. Dziś jesteśmy jednością, rzekłbym nawet rodziną. Jutro zaś możemy stać się wrogami.  
Słowa Najwyższego, jak sam się spodziewał, wzbudziły lekkie oburzenie. Nastał gwar, w którym niejeden z magów zaprzeczył, twierdząc o swoim oddaniu Radzie. 
Kącik ust Najwyższego drgnął. A on kontynuował, jakby nie zważając na przekrzykujące się głosy. Gdy zadrgały mocniejsze nuty, magowie ucichli zlęknieni i wsłuchani. 
- Niegdyś dwunastu apostołów, teraz dwunastu znakomitych magów. Niegdyś służyliście Jezusowi, dziś służycie mi. A jam, z wolą nieba wskazuje wam drogę. Drogę, którą sami wybieracie. – Najwyższy zamilkł, patrząc kolejno każdemu prosto w oczy. Po długiej chwili ponownie zabrał głos. 
- Zdradzono nas – warknął z mocą. – Ci, których dziś tu nie ma, wybrali inny szlak. Owiany hańbą. Żałuję, że do tego dopuściłem, że pozwoliłem by zdrajcy trwali z nami przy tym oto kręgu, jako w pełni godni magowie. Ale czyż to nie Judasz zdradził Jezusa? Samego Odkupiciela, jako jeden z jego oddanych uczniów? – pytanie zawisło w powietrzu. -  Teraz i nas oszukano. 
Saar posłał satysfakcjonujące spojrzenie Najwyższemu. Czarodziej był bardzo zadowolony; tylko Najwyższy umiał zmanipulować członków by na nowo uwierzyli, iż Rada jest niezwyciężona. 
Bracia wyglądali na spokojniejszych i pewniejszych.  
Najwyższy poprawił się na wysokim, pozłacanym krześle. Jego szare oczy zapłonęły. 
- Tak, więc jesteśmy niepełni. Dziesięciu przedstawicieli na dwanaście miejsc. Dlatego ugościmy dwóch, nowych członków. Mirio i Jarleu, wejdźcie – nakazał.  
Niespodziewane ogromne drzwi komnaty samoistnie rozwarły się. Cichy zgrzyt. Stup obcasów. Lśniąca, srebrna szata. Czarne, długie, opadające na ramiona włosy. Miria szła powoli, niczym bogini. Jej twarz nie zdradzała niczego, tylko oczy nienawistnie łypały na każdego. Za nią, jak cień, posuwał się na przód młody mężczyzna o dziwnie egzotycznej urodzie. Choć miał niemal białą, azjatycką cerę, to na odkrytej twarzy malowały się liczne pręgi i blizny. Możliwe, iż niegdyś były to runy. 
Miria skinąwszy głową, zasiadła do stołu. Zaraz potem Jarleu uczynił to samo. 
Trwała przerażająca cisza. Żaden czarodziej nie odważył się nawet westchnąć. Najwyższy patrzył na to z rozbawieniem. 
- A oto Miria, osądzona, dziś na powrót członkini Rady Magów. – Tylko Miria dostrzegła wyzwanie w oczach Najwyższego. I zdecydowała się je odeprzeć. 
Saar uśmiechnął się. 
Jarleu parsknął. 
Członkowie milczeli. 
A Najwyższy zastanawiał się, którą figurę teraz przesunąć. Nie wiedział jednak, że ma godnego przeciwnika.

***
- I oto anioły zapłakały – stwierdził Śmierć przekraczając próg posiadłości. Czarne niebo przysłoniły szare i smutne chmury, a deszcz obijał się o szyby okien. Od czasu do czasu wrogi wicher wprawiał w ruch czarną, postrzępioną szatę Śmierci, która powoli przeistaczała się w piękny, jedwabny materiał. Sam Śmierć wydawał się być jakiś inny, jakby wszelkie niesprawiedliwości tego świata wypchnął ze swojej jaźni na powrót odzyskując brakujący fragment samego siebie. Siłę, którą zagubił gdzieś po drodze. 
„ Długi czas zajęło mi zrozumienie „  – pomyślał. 
Śmierć pchnął dłonią drzwi, które pod  jego naporem, ze zgrzytem się otwarły. A on wszedł, czując bijącą od tego miejsca siłę. Napierała ona na wszystkie przedmioty, burząc dookoła harmonie. 
Zastał Rosemary ponownie rozwartą na fotelu. Wyglądała na zagubioną i samotną, a drżąca moc utwierdziła go w tym przypuszczeniu. Gdy czerwone oczy skierowały się w jego stronę, dostrzegł w nich niedowierzanie. 
- To ty ojcze? – usłyszał. Czuł, że się zmienił, nie wiedział tylko jak bardzo. 
- Tak, córo. Powróciłem. – I była to prawda. Śmierć powrócił - piękny i silny. Powrócił, by zmienić bieg historii. 

*** 
Lucy nie wierzyła, nie mogła wierzyć w szaleństwo. A mimo wszystko, gdzieś na dnie pojawiła się myśl, że to możliwe. Tylko dlaczego to właśnie im miało się udać? 
- Ponieważ jesteśmy gotowi na ryzyko – odparł nagle Andear przeczuwając jej pytania. – Ponieważ – dodał – świat nas potrzebuję. 
Andear obrócił się w stronę okna zauważając, że panowała noc, a z chmur na ziemie skapywały liczne krople, które już po chwili zamieniły się w nieprzyjemną ulewę. 
- Czuję, że jest zbyt wcześnie byśmy mogli odejść z tego świata. Sądzę, że każdy z nas ma do wypełnienia swoje własne zadanie. Przeznaczenie, jak to mówią. Ja wiem,że jeszcze swojego nie wypełniłem. 
Lucy chciała się zaśmiać, suchym acz jowialnym śmiechem. Nie zrobiła tego, słowa Andeara sprawiły, że zastygła z własnymi wątpliwościami. Nie oszukując się, wiedziała, że jej życie to jedno, wielkie pasmo nieszczęść i życiowych porażek. Myśl, którą zbudził Andear, a mianowicie, że może to wszystko miało jakiś sprecyzowany cel prowadzący do jej własnego przeznaczenia, dodawała otuchy. 
- Pytanie tylko czy potrafisz to zrobić? – spytała odruchowo zerkając na nadgarstek. I tym razem łudziła się, że zwiędła róża zniknie, a kilkuletni koszmar okaże się wyłącznie złym, nieszkodliwym snem. Marne były jej nadzieje. Szkaradna runa niemalże z niej drwiła. Gdy tylko przymknęła oczy mogła poczuć zdradzieckie macki tak boleśnie uświadamiające jej o kalectwie. I pulsującą namiastkę mocy. Zarazem tak bliską, a jednak tak bardzo daleką. 
Andear ujrzał na twarzy Lucy zawód, który nie ośmielił się skomentować. Nadal wina spoczywała na jego barkach. 
- Czy potrafię? 
Było to pytanie retoryczne na które Andear nie potrafił odpowiedzieć. Dlatego Lucy nie drążyła tematu, zamiast tego spytała o coś, co od początku tej rozmowy ją gnębiło. 
- Nie rozumiem jednego: czemu ja? 
Andear przez chwile milczał w skupieniu przypatrując się jej postaci. A potem sprostował:
- Jeżeli chodzi o twoje ograniczenia magiczne - nie musisz się martwić. Zaklęcie które będziesz rzucała jest jednym z zaklęć dobrze ci znanych. Meritum. Osłabiające inne zaklęcia. Banalnie proste, ale jakże skuteczne.
Prawa brew Lucy podeszła ku górze.
- I to wystarczy? 
Andear po raz pierwszy od ich rozmowy parsknął śmiechem. Nie było jednak w nim ani krzty radości. 
- Oczywiście, że nie. Zaklęcia Rady są silne, a zaklęcie zniewalające... powiedzmy jest w istocie bardzo, bardzo potężne. Zwykłe zaklęcie Meritum myślę, że na nic by się tu zdało. Może tylko lekko podważyć milczenie, którym zostaliśmy owiani. 
- A więc po co...?- Lucy nadal wydawała się nie rozumieć koncepcji Andeara, dlatego kontynuował z pobłażliwym uśmieszkiem.
-  Powiedziałem: lekko podważyć. Jeżeli dobrze wszytko przemyślałem dwa Meritum, rzucone przez ciebie i Anabel poruszą czar, na niewiele, ale to może mi pomóc przy pozostałych zaklęciach, które wykonam. 
- Zaklęciach? 
- Nie znasz ich i lepiej, dla twojego dobra, by tak pozostało. 
Lucy po raz drugi zerknęła na rękę. Potarła kciukiem tatuaż.
- Naprawdę dasz radę? - spytała z nadzieją. Andear wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
- A mam wybór? - odparł pytaniem na pytanie. 
- To szaleństwo - podsumowała. I tego jednego była pewna jak nigdy. 
- Oczywiście - skwapliwie przyznał Andear - Najbardziej zastanawia mnie co nim jest; czy to, że chce zdjąć twoją pętlę, czy to, że pragnę na dobre pozbyć się milczenia.
- Bynajmniej. Nie wierzę, że ci się uda - przyznała otwarcie. Lucy już pogodziła się z ewentualną porażką. 
- Czyli, mam rozumieć, że odmawiasz?
- Tego akurat nie powiedziałam. - Na usta kobiety wtargnął lekki uśmiech; przeplatał się z obawą w oczach. 
Andear udawał, że tego nie widzi. Skierował się do wyjścia, gdy tylko uzyskał to po co tu przybył.
- Przygotuj wszystko w salonie - powiedział na odchodnym. I choć Lucy potaknęła głową, Andear nie mógł tego zobaczyć; już otwierał drzwi. Nagle jednak przystanął, zawahał się i odwrócił. 
- Nie mów Nathanielowi, jaką cenę możemy za to zapłacić - nakazał z zadziwiającą powagą. 
Potem oddalił się. 

***
Blond włosy mężczyzna rozprostował się na miękkim łożu tuż obok nerwowej Anabel chodzącej wzdłuż i wszerz sypialni. Gdyby kobieta mogła, z pewnością zbiłaby nie jeden wazon. Tym razem musiała z racji tego, że nie była u siebie, zachować chociaż pozory przyzwoitości. Nathaniela mógł śmiało obstawiać zakłady ileż ten złudny spokój będzie trwał. 
- Długo zamierzasz się wiercić? 
Kobieta posłała mu jedno ze swoich wyniosłych spojrzeń. Nathaniel parsknął. 
- Dawno cię takiej nie widziałem. - Anabel w końcu zdecydowała się usiąść na białym parapecie. 
- Ciesz się póki możesz - rzekła. 
- Sądząc po twojej mnie, wnioskuję, że nie pochwalasz decyzji Andeara. 
- Zdaję ci się - prychnęła. Anabel zdziwiła się, że Nathaniel nie drązył tematu. Po prostu przymrużył swoje hipnotyzujące oczy i cieszył się otaczającą go złudną ciszą. Nie zastanawiał się, nie myślał, a może tylko na takiego wyglądał. I choć Anabel wiedziała, że nie domyśla się co czeka obojga magów, to rozumie, że nie wszystko jest w porządku. Bo nie było. To co chciał uczynić Adear wykraczało poza jej możliwości, ale skoro on twierdził, że może się udać... 
- Pytanie tylko co jeśli nie - szepnęła do siebie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nathaniel posłał jej zdziwione spojrzenie, ale w dalszym ciągu milczał. Anabel w duchu wiedziała co się może stać jeżeli im się faktycznie nie powiedzie. Przynajmniej właśnie z tego powodu nikt nie był na tyle głupi by paprać się w sprawy z pętlą, lub - co gorsza - milczeniem. Te czary były jednymi z najgorszych jakie do tej pory znała. Pętla - każdy czarodziej wiedział co oznaczało to słowo i z czym się wiązało. I z pewnością nie była to przyjemna sprawa.
Natomiast milczenie nakładane było przez kilku czarodziej z Rady, zazwyczaj tych najlepszych, a na czele ich jak zwykle stał Najwyższy, który to prowadził tę ceremonię. Anabel mogła tylko się domyślać, że i Andear miał zaszczyt nakładania milczenia w czasach nie tak dalekich. Kobieta ze zdumieniem uświadomiła sobie, ze jeszcze wczoraj Andear był jednym z najbardziej oddanych magów Radzie.
Patrząc teraz przez pryzmat tego co zrobił dla Nathaniela Andear naprawdę zyskał w jej oczach. Porzucił dla niego wszystko.
Anabel zatrzymała się i spojrzała przenikliwie na Nathaniela, który w dalszym ciągu leżał na łóżku z odchyloną ku górze głową i patrzył na biały sufit. Jego zielone, magnetyczne oczy teraz wyglądały na dziwnie smutne i obojętne. Twarz jego - ta młoda, dziecinna twarz wydawała się być  jedynie maską za którą krył się człowiek naznaczony przez wieloletnie życie. 
Anabel uśmiechnęła się i podeszła do mężczyzny. Stanęła nad nim i położyła swoją dłoń na jego dłoni. Nathaniel drgnął. 
- Czy tego chcesz czy nie nigdy nie będziesz sam - powiedziała. 
- A przynajmniej nie, kiedy ja żyję - nagły głos sprawił, że Anabel gwałtownie się odwróciła przybierając na powrót zadziorną minę. 
- Oh, nasz przywódca powrócił - sarknęła, ale w duchu cieszyła się, ze Andear już przybył. 
Andear stał spokojnie w przejściu i emanował pewnością siebie i siłą. Siłą nie tyle magiczną co po prostu mentalną. 
- To co, ratujemy świat? - zapytała. 
Brew Andeara podeszła ku górze. 
- My? - zakpił. - Jak już, moja droga, to j a ratuje świat. 
- Idziemy - dodał i wyszedł. 
Anabel zdumiona przystanęła. 
- Czy on właśnie zażartował? 
- Tak - odparł rozbawiony Nathaniel. 
- Już po nas - sierdziła przerażona Anabel. 
Nathaniel zrozumiał, że lepiej jej bardziej nie dobijać, bo ,bądź co bądź, Andear żartujący nie mógł oznaczać nic dobrego. Czyli słowem - Anabel miała rację. Było po nich. 

5 komentarzy:

  1. Jak zrobiłaś sobie nagłówek ?

    OdpowiedzUsuń
  2. W photoshopie nakładając na siebie zdjęcia. Polecam obejrzeć filmiki na youtube ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz wielki talent. Przeczytałam wiele opowiadań, ale to jest moje ulubione. Mam nadzieję, że wena nie będzie wobec ciebie kapryśna. Proszę tylko żebyś zakończyła, to opowiadanie, dopiero gdy historia będzie napisana do końca. ;)
    ~Ombrao

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, to naprawdę miłe, że ktoś jeszcze mnie docenia i podoba mu się to opowiadanie. I właściwie tylko ze względu Twojego cudownego komentarza postanowiłam napisać kolejny rozdział :D
      Może, przy odrobinie szczęścia, skończę Córkę Śmierci ;)
      Pozdrawiam

      Usuń