czwartek, 1 września 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 9

Witam! Chociaż nikt tutaj nie zagląda (może z dwie, trzy osoby) to i tak postanowiłam napisać kolejny rozdział. Możliwe, że tylko dlatego, iż ktoś ostatnio wychwalił to opowiadanie i prosił bym je zakończyła. Co prawda nie mam zupełnego pojęcia, czy Córka Śmierci doczeka się końca to z każdym rozdziałem jesteśmy jego bliscy, prawda? ;) Nie przedłużając - witam z powrotem! 
________________________________________________________________________________




Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 9


"PĘTLA"
(odzyskane zapiski)
W świetle ognia zbłądzili 
Drogę, wędrowcy, pogubili
Czarne szaty, blade twarze
Biali Magowie, 
Oto prawda się Wam 
ukarze...
I Magia Krwi zadrży 
Gdy stojąc przed wrotami piekła 
Krew Boga, Bóg w krwi waszej 
Koniec nie ma początku 
i początek nie ma końca...
Bali Magowie
W czarne szaty odziani 
(Ślepi, Głupcy)
W świetle ognia zbłądziliście 
Drogę, wędrowcy, pogubiliście
I choć wciąż jej szukaliście 
Nigdy już do domu
Nie powróciliście... 
Oraculum


Nie wiedziała co czuła wpatrując się w swego ojca, który wydawał się być zupełnie kimś innym. Tylko kim? To pytanie błądziło gdzieś w jej umyśle, ale nie znajdywało odpowiedzi. 
Śmierć poruszył się pod jej czujnym spojrzeniem. Zapewne tak jak ona wyczuwała w nim zmianę, tak on widział ją w niej. Ale nie wydawał się być przerażony, a przecież wiedział
Uśmiechnął się, tak jak ojciec uśmiecha się do niesfornej córki, było to zdumiewające, osądziła Rosemary. Wyciągnął do niej swoją młodą dłoń, i wydawało się, że jest ona niema biała, tak bardzo kontrastująca z czernią jego szaty. 
Nie wiedziała co spowodowało, że podeszła i bez lęku dotknęła niemal nieśmiało jego skóry, by po chwili poczuć w sobie ostoje. Poczuć tak wielkie ukojenie jak nigdy. Ciemność zawrzała. 
Przymknęła oczy, na chwilę, może zaledwie na sekundę, to nie było ważne, ważne było, że, gdy tylko je otwarła, wróciła. A przed nią stał ojciec, ojciec, który wybawił dziecko od szaleństwa. 
I była mu wdzięczna. 

***
Tenebrae przebudziła się nie ze snu, lecz ze świata, którego ludzki umysł nie mógł pojąć. Był to, albowiem świat doskonały, świat przepełniony dobrem i harmonią, a przede wszystkim było to miejsce gdzie Lucyfer nie miał wstępu. 
Oto przebudziła się Tenebrae, by móc ujrzeć pośród ciemności prawdę, pośród szeptów usłyszeć nadzieję.
Jej oczy dryfowały w ciemności patrząc i dostrzegając coraz więcej i więcej... 
Ciemność chłonęła całą sobą to, co dane było jej zobaczyć i poczuć. Zbierała informację, analizowała je i zdawało się, że czegoś uparcie szukała. Ale, gdyby ktoś zadał jej pytanie, czego dokładnie, nawet ona nie umiałaby odpowiedzieć. 
Przeczucie, a może zupełnie coś innego, nią kierowało, wskazywało drogę. 
Nic dziwnego więc, że po jakimś czasie głosy przystały, a ona odnalazła w ciemności to co zdawało się być najistotniejsze - odpowiedzi. 
Wizja Śmierci i Rosemary, wizja daleka, a jednak jakże prawdziwa. Dłoń dotykająca dłoni i wszechogarniający spokój. 
- Oto się dokonało - szepnęła zadowolona Tenebrae, już się nie bojąc. Nawet Ciemność, pomyślała, drży w ciemności. Ale czasy te minęły, a przynajmniej taką miała nadzieję. 
Tenebrae zamknęła powieki i z powrotem oddała się w ręce odległej rzeczywistości. 

***
Andear wkraczający do salonu nie był tym samym Andearem, którego znały obie kobiety. Niezwykłe skupienie, twardy wzrok - to wszystko sprawiało, że wyglądał obco. I może dlatego Nathaniel nie przyszedł z nim, nie chcąc oglądać tego co mieli zamiar uczynić, pomyślała Anabel. Zaraz potem jednak, wbrew jej myślom, blondwłosy mężczyzna wyłonił się z cienia i stanął w progu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chwilę trwał tak, by już po chwili poruszyć się i niemal przepłynąć cały salon. Dopiero przystanął na przeciw Andeara.
Powietrze w tym samym momencie zgęstniało. Magia uniosła się nieznacznie i owiała łowcę delikatnie i pocieszająco. Próbując go ochronić? 
Zielone tęczówki ścierały się z tymi fioletowymi, a myśli i wspomnienia dzieliły się między sobą, równocześnie się łącząc. 
Była to chwila intymna dla obu, mówiąca więcej niż słowa. 
I stali tak będąc nagimi wobec siebie. Będąc wierni i oddani. 
- To jeszcze nie mój czas - stwierdził lekko Andear, przerywając niepojętą dla reszty ciszę. 
- Wiem. - Nathaniel poklepał go po ramieniu. - Właśnie dlatego, nie chce byś za bardzo ryzykował. 
- Ja nigdy nie ryzykuję - osądził Andear z niezachwianą pewnością siebie, chociaż nie mówił prawdy. Te czasy odeszły już dawno temu, a dokładniej mówiąc - od pojawienia się Anabel. 
Czarodziejka, jakby czytając w jego myślach, odwróciła się w tej samej chwili posyłając mu jeden z tych swoich bezczelnych uśmiechów. 
Nathaniel przewrócił oczami i wyszedł, zapewne udając się do drugiego pokoju. Nikt go nie powstrzymywał - gdy chodziło o magię, był zbędny. 
- Zaczynamy? - Lucy zadała pytanie z wahaniem, ale Andear się nie przejął. Nie miał powodu, ona i tak już podjęła decyzję. 
Andearowi nie pozostało nic innego niż pokiwać potwierdzająco głową i przystąpić do dzieła. 
Zapowiadała się naprawdę długa noc.

***
Rudowłosy mag wcale nie powiedział, że będzie łatwo, ale mimo to Lucy łudziła się, dopóki nie poczuła jak magiczne więzy otaczają ją i zaciskają się z całą swoją mocą unieruchamiając na krześle. Adear, jak zwykle zresztą, zachowywał największe środki ostrożności. 
Lucy widziała w czasie, gdy nakładał liczne zaklęcia na nią i na cały dom, jak Anabel odmawia niezrozumiałą litanie. Kątem oka dostrzegła, że czarodziejka tnie ostrzem wzdłuż swojej ręki, a krew spływa do stojącej na stole miski. Lucy się to w ogóle nie spodobało. 
- Spokojnie. - Głos Andeara jest kojący i białowłosa zastanawia się, czy przypadkiem nie owiał ją swoimi czarami, ponieważ faktycznie już czuje się lepiej. Może dlatego, iż nic nie widzi spod nagłej mgły, która przysłania jej obraz. 
- Skończyłaś? - Adear pyta Anabel, a w jego głosie już nie ma ani jednej miłej nuty. Czarodziejka odwraca się i Lucy dostrzega światło bijące od jej policzka. Motyl zdaje się, że porusza swoimi złotymi skrzydełkami. 
- Tak. - I podaje mu miskę z której ulatnia się czarny dym. 
- Co to jest? - Białowłosej jakimś cudem udaje się zadać pytanie. Przez chwile Andear także używa jakiś niezrozumiałych słów nad misą, ale przerywa i odpowiada:
- Magia krwi. Pętla z tej magii powstała i tylko ta magia może ją pokonać. Chociaż nie jestem pewien czy uda mi się przeniknąć runę i wdrążyć w nią energie Anabel. 
- Miejmy nadzieję, że tak - dodaje Anabel już zbierając siły na kolejny czar. - I miejmy nadzieję, że to przeżyjesz. 
Lucy nie rozumie dopóki Andear nie pochyla się nad nią i szepcze prastare słowa, słowa, które ciemna magia przenika doszczętnie, wdraża się i wpija w nią. I Lucy krzyczy, najpierw cicho, a potem... potem ból owleka całe jej ciało, jakby nóż przecinał każdą tętnicę i każdą kończynę. Jakby nie pozostawiał nic. I gdzieś tam Lucy słyszy, spokojnie wypowiadane zdania:
- Et erunt in sanguinem, fortitudo egeno agit. Sit coeptus sanguis magicae magicam nigram interitum. Et sanguis sanguinem influit... Magia Magicae Sanguinem tantum est et est actio! * 
Krzyczy z całych sił. Boli, tak bardzo boli... Lucy ma płytki oddech, naprzemiennie przymyka oczy i je otwiera, płacze. Czuje jak skórą ją pali, jak Pętla uparcie przypomina o swoim istnieniu, jak się broni.  
A Andear nie przestaje, pozostaje obojętny na jej krzyki. Tak bardzo nieczuły. 
I dalej krzyczy, zdziera sobie gardło, ale to nie ma znaczenia. Próbuje zerwać magiczne więzy, które przytrzymują ją na miejscu. 
- Maiores nostri et omnium antecessorum meorum... dabo potestatem accepit date et dabitur vobis... virtute sanguinis motus est Magia Magicae et Sanguis fiat!** - Głos Andeara rozbrzmiewa po całym pomieszczeniu wraz z jej krzykiem. I w tej jednej chwili Lucy czuje jak jej ciało przemienia się. Najpierw pazury, potem oczy - mgła znika, widzi wszystko dokładnie, czuje wszystko dokładnie. I nie chce tego. Ból nie tylko od czarów, ale także od niepełnej przemiany sprawia, że ledwo oddycha. 
- Cholera, Anabel, powstrzymaj to! - wydziera się na blodnwłosą Andear i dalej kontynuuje - Illi autem tulerunt legitima magicae. Qui autem in virtute potestatis distantiarum. Et quid vos iustus have vos... sanguinem sumpsit, et factus est sanguis Magia Magicae reactionem est!***
Anabel zagryza wargi i z całych sił ponawia czar. Magia, ta dobra, kojąca magia, owleka Lucy i nie pozwala się jej przemienić. Mówi jej - nie teraz, nie gdy twe życie jest na szali. Nie wiadomo czemu, Lucy słucha, bo ten głos brzmi jak jej matka, jak to wspomnienie, tak bardzo odległe...
Mamusiu... 
- Sanguinem sanguis Magia Magicae, quae feci in elit!!!****
I to nie koniec, nie, to zaledwie początek ogromu bólu. Czuje bolące cieńcie na nadgarstku, krew, nie jej krew, która wchłania się w żyły. I zaklęcia - seria zaklęć, nieznanych, niepojętych... mrocznych. Tak, własnie - ciemność. To widzi i zdaje się, że owa ciemność ją pochłania. 
Zabawne... 

***
Oczywiście, że słyszał głosy, uszy go niemal od tego bolały, ale nawet nie drgnął. Ile razy to już sluchał gorszych krzyków i nawoływań, ile razy przyszło mu torturować jakiegoś demona czy też wampira? Nie umiał policzyć, choć obrazy stojące mu przed oczami były zaprawdę barwne. Gdy znowu przedarł się przez ścianę wrzask, zmrużył oczy i położył się na miękkim łóżku, od razu kierując spojrzenie na nieskazitelnie czysty i biały sufit. 
I czekał, nic innego przecież mu nie pozostało... 
_____________________________________________________________________________

*Niech krew przepłynie, złą siłę przegoni. Niech krew przepłynie, czarna magia, magię czarną zniszczy. Niech krew przepłynie... Magia Krwi to sprawiła i tylko Magia Krwi to odczyni! 
** Przodkowie moich przodków i przodków nasz wszystkich, oddajcie to coście zabrali... oddajcie moc, a moc wam będzie dana... Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni!
*** Ci, coście magię prawowitą zabrali. Ci, co moc w mocy oddali. Właśnie was wzywam, byście zwrócili to, coście zabrali... Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni!
**** Magia Krwi to sprawiła i Magia Krwi to odczyni! 

Tak na koniec powiem, żebyście czasem nie próbowali tego kopiować i wstawiać do google tłumacza - otóż on zapewne ukarze wam zupełnie inne tłumaczenie niż mi kilkaset razy. Naprawdę! Ale cóż poradzić - google tłumacz to google tłumacz, czy ma sens ten łaciński czy nie, przynajmniej fajnie brzmi ;) Aha i jeżeli ktoś zwrócił uwagę, w jednym momencie używam czasu teraźniejszego, ale to nie błąd - użyłam go z pełną premedytacją, by oddać całą tą scenę i abyście bardziej mogli się wczuć w przeżycia Lucy, chociaż szczerze mówiąc i tak nie jestem z tego w pełni zadowolona... 

4 komentarze:

  1. Jej! Uwielbiam to opowiadanie <3 Łatwiej by było gdybyś udostępniła je na wattpadzie ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;3 A co do wattpada to możliwe, że wkrótce pojawi się taka wersja, ale jeszcze niczego nie obiecuję :D

      Usuń
  2. Jak zawsze świetne :D Osłoda po przyjściu że szkoły... Jeśli chodzisz do tego piekła, to czy zasypują cię kartkówkami? Minął drugi tydzień a ja już miałam cztery... A na następny tydzień mam zapowiedziane dwa testy i trzy kartkówki... Tragedia... Życzę ci miłego dnia/nocy i duużo weny ;)
    ~Ombrao

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba ten rozdział :D I tak, tak, tak! Szkoła to piekło, a jak jesteś w klasie maturalnej - tym bardziej! Ja w następnym tygodniu mam dwie lektury i bodajże trzy, albo cztery sprawdziany, więc w pełni rozumiem Twój ból... T.T

      Usuń