niedziela, 9 października 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 10

Nareszcie napisałam kolejny rozdział. Już bałam się, że znowu dopadnie mnie brak weny i tyle będzie z kontynuowaniem tego tworu. Ale, dzięki Bogu, jest ;) 

Dedykuję go mojej już pięcioletniej siostrzyce w dniu jej urodzin. Mam nadzieję, że jak dorośniesz i przeczytasz to na twojej twarzy zagości uśmiech.  
Dla Liliany 
___________________________________________________________________________________



Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 10


"PRZEZNACZENIE"
Noc i kroki ciche
Idą, nie wiedzą dokąd
Nadzieja gdzieś z tyłu ich pcha
I mówi, i szepcze:
Idźcie, idźcie
Wygrajcie z piekłem! 
I idą, i idą
Walecznie, z bronią w ręce
W tle żałobne werble słychać
Wiedzą
Wiedza ta ciąży nad nimi uparcie
Zginą

Drży w strugach deszczu Nadzieja 
Nie odchodzi 
Wierzy 
Wiara jej 
Nie przemija 
 Oraculum



Lucyfer siedział na swym tronie z wysoko uniesioną głową. Oczy, czarne i krwiożercze, ślepo zapatrzone były w obraz, który zmaterializował się na przeciwległej ścianie. Przedstawiał on młodą, piękną kobietę. Jej twarz osnuta była jakimś smutkiem, a może tylko się tak wydawało, bo już po chwili Lucyfer stwierdził, że widzi jedynie porcelanową twarz, złudną i okrytą znaną mu obojętnością. Czerwone tęczówki przykuwały uwagę, może nawet przerażały swoją pustką - nie kryło się w nich nic, nawet ulotne wspomnienie. Miała czarne, długie włosy, które tak bardzo kontrastowały z nienaturalnie bladą cerą i równie ciemną suknie zlewającą się z nimi. Była piękna, ale równocześnie odpychała. Kryła tajemnice, kusiła, lecz jednocześnie mówiła - uważaj. Tak, Lucyfer jak nikt wiedział, na kogo dokładnie patrzy. Uśmiechnął się lekko i szepnął swobodnie:
- Rosemary, moja piękna Rosemary. Jesteś moją ulubienicą, wiesz? Moim przeznaczeniem i nikt, powiadam nikt, tego nie zmieni. 
W tle żałobne werble słychać
Wiedzą
Wiedza ta ciąży nad nimi uparcie
Zginą
- Myślisz Sebastianie, że właśnie tak skończą ci, którzy stanął na mojej drodze? - spytał od niechcenia Lucyfer, nawet nie spoglądając na stojącego obok strażnika. Białowłosy demon zaskoczony drgnął. Nie trwało jednak długo nim pewnie odpowiedział:
- Oczywiście, panie. - I Lucyfer wiedział, że naprawdę tak myśli, że naprawdę uparcie wierzy w jego powodzenie. Sebastian zawsze był taki usłużny. Taki naiwny. Ale w tym wypadku się nie mylił. 
- Co o niej sądzisz? - wyparował nagle Władca Piekieł tym razem poświęcając uwagę swojemu pupilkowi. Ciekawiła go reakcja Sebastiana. Ten jednak opanował wyraz zdumienia i lekko przekrzywił głowę uważnie śledząc wzrokiem postać na obrazie. 
- Niebezpieczna. 
Oh, jak trafnie, pomyślał Lucyfer ostatni raz zerkając w stronę kobiety. Potem obraz znikł pozostawiając jedynie po sobie szary, wrogi dym i zapach siarki. 
Lucyfer powstał z tronu i otrzepał swoją szatę. Następnie zszedł z gracją po długich, marmurowych schodach.
- Czas zacząć działać - rzekł z mocą stojąc do Sebastiana tyłem. Demon wyszczerzył się upiornie ukazując swoje ostre zęby i Lucyfer nie musiał się obracać, by być tego świadom. 
- Sebastianie, przynajmniej ty mnie nie zawiedź. 
- Nie zamierzam. 
Sebastian także rozpłynął się we mgle, posłuszny jak zwykle. Był naiwny, racja, ale Lucyfer nie znał bardziej oddanego mu demona. I groźniejszego. 
Mimo, że Lucyfer czuł jak jego moc zostaje naruszona przez kogoś innego, był w dobrym humorze, właściwie w bardzo dobrym i już czuł sam zwycięstwa na języku. 
- Tenebrae możesz uciec ode mnie, pozbawić mnie mocy, a i tak będę potężniejszy niż ktokolwiek - zawyrokował, chociaż wiedział, że nie była to prawda. Był ktoś o wiele silniejszy, ktoś kogo obraz zamajaczył mu przed oczyma. 
Ponownie w pustej, złoconej komnacie rozbrzmiał suchy, przeraźliwy śmiech. Nawet demony czuwające za drzwiami zadrżały. 
*** 
- Wróciłaś - szepnęła Tenebrae. Uśmiechnęła się delikatnie i krzepiąco. Także, jak wcześniej Śmierć, wyciągnęła rękę i dotknęła po raz pierwszy Rosemary. Dotyk zdawał się być kojący i pełen dziwnej czułości. Rosemary zmrużyła oczy czując ciepło gdzieś tam na dnie, coś czego nigdy nie poznała i nie mogła pojąc. Tenebrae dotykała jej policzek, a ciemność przelewała się między nimi. 
- Dziecko, moje dziecko - szeptała uradowana. Złote włosy Tenebrae zalśniły jeszcze mocniej jakby odganiały ogarniający je mrok. I Rosemary nasunęło się pytanie, czy czasem Ciemność nie była też światłością? A może była zupełnie czymś innym. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, nie w tym momencie. 
- Zrozumiałaś,w końcu zrozumiałaś. - Rosemary nie będąc pewnym czy tak jest w rzeczywistości nie odezwała się, ale skoro sama Ciemność twierdziła, że faktycznie jest gotowa to musiało tak być. Poza tym wspomnienie obłędu było świeże i mogło przybyć nagle, a Rosemary nie miała siły z nim walczyć. Starała się, ale ile jeszcze mogła? 
Pamiętała tego maga i choć może gdzieś tam tliły się wyrzuty sumienia to jednocześnie czuła euforie. I było to straszne, straszne na swój chory sposób. Bo bała się sama siebie, bała się do czego jeszcze jest zdolna. 
- Czy... czy ciemność da mi siłę? - spytała cicho i to było jedyne tak naprawdę pytanie na które chciała poznać odpowiedź. Ale Tenebrae nie musiała odpowiadać - po chwili poruszyła się zbliżając jeszcze bardziej i przylegając całym ciałem do Rosemary, otulając ją swoimi ramionami jak matka, która chroni swoje dziecię. I wtedy świat Rosemary na powrót się zachwiał, ciemność niemal ją oślepiła w jednym przypływie uderzenia. Pozbawiła ją widzenia, ale po chwili stwierdziła coś innego - nie widziała już tylko ciemności, a w niej dostrzegała również światło. 
Dziwne, pomyślała oddając się całkowicie poczuciu ukojenia i ulgi. 
Obłęd odszedł, choć nie wiedziała czy na dobre, była pewna, że teraz zmieni się absolutnie wszystko. Jej siła przecież nie pochodziła z odmętów czerni, a z niej samej. I mogła stawić czoła i sobie i Lucyferowi. 

*** 
Lucy przemierzała zdumiona przez ciemny las szukając gdziekolwiek schronienia. Od czasu do czasu słyszała pohukiwanie sowy i widziała jakieś przemykające zwierze. Czuła zimno otaczające ją, i nie wiedziała czy to dlatego, że jest odziana jedynie w przewiewną, biała sukienkę czy dlatego, że jest tak bardzo przerażona. Posuwała się na przód, ale las nie kończył się, a z każdym krokiem poszerzał, jakby z niej kpiąc. 
Gdy jakieś drzewo przesunęło się i korzeń podpełzną w jej stronę krzyknęła. Albo raczej chciała, ponieważ głos nie wydobył się z jej gardła. 

*** 
- Co z nią? - spytała Anabel wchodząc do pomieszczenia oświetlonego unoszącymi się wokół świecami. Zwinnie ominęła wszystkie, by stanąć obok Andera. Jego dłonie sprawnie manewrowały nad dziwnie bladym ciałem zawieszonym w powietrzu. Pot spływał z jego czoła, ale nie przerywał litanii dopóki nie poczuł dłoni czarodziejki na swoim ramieniu. Westchnął na chwilę odrywając się od czynności, choć magia nadal nie zgasła utrzymywana przez jego energie. 
- Stabilna. 
Anabel prychnęła odgraniczając swoje blond włosy. 
- Co znaczy tyle, że j e s z c z e żyje. Naprawdę nie wychodzi ci pocieszanie - stwierdziła z lekką kpiną w głosie, acz w jej oczach Andear nie dostrzegł znanego błysku. I naprawdę nim to wstrząsało. 
Anabel bez precedensu postawiła sobie krzesło koło Lucy i na nim usiadła. 
- Idź, odpocznij, ja się nią zajmę - powiedziała lekko, jakby wcale nie była dobita ostatnimi wydarzeniami. Jakby to nie ona uczestniczyła w próbie usunięcia zaklęcia. A właściwie nie próbie - Andear z usatysfakcjonowaniem spojrzał na nadgarstek gdzie pozostała jedynie czerwona blizna. Lucy, bądź co bądź, już nie była związana, a jej magia, którą Andear starał się zrównoważyć, przenikała obok nich. 
- Ty też jesteś wykończona - przypomniał. Anabel posłała mu słaby uśmiech. 
- Trochę, ale chyba nie sądzisz, że to mi w czymś przeszkadza? Już wiele razy, jak wiesz zresztą, byłam w gorszym stanie i przeżyłam, ale ty mój drogi przedstawiasz sobą obraz nędzy i rozpaczy. 
- Nie, żebym chciała cię obrazić - dodała po namyśle. Adear był jej wdzięczny, że starała się rozładować nieprzyjemną atmosferę. Przyznał przed samym sobą, że dzięki temu trochę się rozluźnił. 
- Nie obraziłaś - przyznał. Faktycznie nie wyglądał dobrze. Jego twarz naznaczona czarnymi runami przypominała oblicze zmęczonego życiem starca, fioletowe oczy przyciemnione były sińcami dookoła nich, a rude włosy... - tego nawet on nie chciał komentować. Do tego drżały mu ręce, przez co teraz musiał je wsadzić do kieszeni spodni. 
- Jak Nathaniel? - zapytał. 
- Dobrze. W końcu zasnął, chociaż jeszcze przed chwilą mówił, że nie jest zmęczony. Urocze - parsknęła przypominając sobie jego minę, gdy jej to oświadczał. Już wtedy niemal zasypiał, bo przecież i on, ogłuszony krzykami, nie przespał całej nocy. Oni jednak mogli wzmocnić się zaklęciami, a Nathaniel - nie. 
Andear pokiwał w zrozumieniu głową. 
- Idź - ponowiła Anabel szorstkim, nie znoszącym sprzeciwu tonem. I Adear, zrezygnowany, uległ jej. Już kierował swoje ciężkie kroki do drzwi, kiedy niespodziewanie dobył go jęk. Obrócił się gwałtownie spoglądając na Anabel, jednak to nie ona go wydobyła - Lucy otworzyła oczy i skierowała na nich rozumne spojrzenie. Blask, srebrny blask, tętnił życiem. 
- Nareszcie - westchnął z ulgą Adear. Anabel, co dziwne, także wydawała się tym faktem uradowana. W tym samym momencie, Lucy powstała. I Andear zauważył, że na jej twarzy nie gościł uśmiech, a grymas. Grymas bólu. Nim się spostrzegł, było za późno. 

2 komentarze:

  1. Musisz dodać następny rozdział, bo mnie ciekawość zeżre :p Jak zawsze cudnie :D Napisałabym jeszcze coś, ale nadal leczę kaca i nie mogę się skupić ;/ życzę duużo weny i miłej krótkiej reszty weekendu :)
    ~Ombrao~

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję i mam nadzieję, że uda ci się wyleczyć kaca ;)

    OdpowiedzUsuń