niedziela, 6 listopada 2016

Kronika Ciemności - ROZDZIAŁ 11


Ten rozdział z przyjemnością dedykuję Ombrao, która motywuje mnie do dalszego pisania CŚ, za co serdecznie jej dziękuję ;) 
___________________________________________________________________________________

Córka Śmierci
Kronika Ciemności
        

ROZDZIAŁ 11


"GRÓB"
Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, pustym grobie...

Krzyki nocy rozgłoszą
Kiedy aż po góry się wzniosą
Nadchodzący kres wszystkiego 
Nawet Władcy Jedynego 

Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, smutnym grobie... 

Nikt tej nocy nie odpowie 
Nikt z was śmiertelników się nie dowie 
Czyją dusze Śmierć zabierze 
Którą w złej, a którą w dobrej wierze 

Ognia blask zapłonie 
W moim ciemnym, zimnym grobie...

Dłonie krwią ubrudził 
Pieśni cicho nucił 
Mówiąc o tych niewierzących 
Mówiąc, że zabił wszystkich tych - Milczących 

Ognia blask zagaśnie 
W sen spokojny, z powrotem, zaśnie...
Oraculum


Pierwszą osobą, którą napotkała w drodze do swojej komnaty był opierający się o balustrady korytarza Jarleu. Przez chwilę zastygła z zainteresowaniem, przyglądając się mężczyźnie na którego dłoni pojawiał się błękitny płomyk o kształcie smoka. Ten sam smok zaś przeobraził się w węża, a następnie wąż w nietoperza. Zaraz potem, gdy ona ruszyła hardo w stronę czarodzieja, płomyk rozprysł się na miliony kawałków, by całkowicie zagasnąć.  
Jarleu podniósł głowę i ich spojrzenia się spotkały. Miria stanęła tuż naprzeciwko niego, nie przerywając kontaktu wzrokowego. 
- Nie tutaj - dosłyszała przytłumiony, lekko charczący głos. Pokiwała w zrozumieniu głową i ruszyła bez słów za postawnym mężczyzną. 
Mijali po drodze wielu magów odzianych w ciemne szaty, którzy przypatrywali im się nieufnie, a zarazem z pewnym ostrzeżeniem. Jakby jednocześnie byli i ofiarami i oprawcami. Miria musiała przyznać, że to wszystko, co tutaj się działo napawało ją obrzydzeniem. Ale nie powiedziała tego na głos z jednej, prostej przyczyny - nie była głupia. W tym momencie mogła za to przypłacić nawet własnym życiem z czego bardzo dobrze zdawała sobie sprawę. 
W końcu weszli do jednej z przybocznej komnaty należącej do czarodzieja. Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi, Miria od razu z ulgą zasiadła na wielkim, dwuosobowym łożu. Jarleu jednak wolał oprzeć się jedynie o szarozielony stół i czekać na to, co ma mu do powiedzenia kobieta z grymasem na twarzy. 
- Nie powiedzieli kogo miejsca mamy zająć - powiadomiła na wstępie. - I wcale im się nie dziwię. 
- Andear... tak, ja też tego się nie spodziewałem. - Jarleu wygiął kącik ust w parodii uśmiechu, acz prędko ponownie nałożył odpychającą, pozbawioną emocji maskę. Chociaż niezupełnie, dobry obserwator mógł śmiało zauważyć czyhające gdzieś tam okrucieństwo. - Ale, jakby nie patrząc, wyjaśnia to wszystko. 
- Dziwne spojrzenia, niepewność Rady, oh... no tak! I oczywiście wielkie rozgoryczenie Najwyższego! Masz racje, zdrada tak ważnego i potężnego maga nie jest czymś, co Rada przyjmie z honorem - dokończyła za niego Miria z jawną kpiną. - Muszą jakoś teraz wybrnąć z tych niefortunnych zdarzeń. 
I nie trzeba było dodawać, że w tym właśnie mieli pomóc im oni. Nadal jednak na uwięzi. Taka była propozycja Najwyższego - oddadzą im część mocy, aby wrócili do Wielkiej Rady i byli na każde ich skinienie. Tak naprawdę jednak nie mieli żadnego wyjścia, bo przecież wybór miedzy potakiwaniem i udawaniem posłusznego maga, a wiecznym zniewoleniem za kratami i bólem Pętli, nim, niestety, nie był. Tak przynajmniej oboje stwierdzili. Chociaż oczywiście Miria z Jarleu zgodziła się, że nie wszystko miało pójść zgodnie z planem radnych. A tym bardziej, jeżeli tą osobą, która odważyła się przeciwstawić Najwyższemu, była jedną z jego najbardziej zaufanym magów. Sam Andear Mądry. 
- Chyba pomyliliśmy się, co do naszego starego przyjaciela - osądził Jarleu. Czarnowłosa nie mogła temu zaprzeczyć. 
- Jaki masz plan, siostrzyczko? - zapytał znużony po kliku sekundach, na jego dłoni ponownie zabłysł niebieski płomyk. 
Miria zmrużyła swoje niebezpieczne, drapieżne oczy, które w jednej chwili z jasnej pomarańczy przemieniły się w krwistą czerwień. Lampa, oświetlająca pomieszczenie, nagle zadrgała. 
Problem Najwyższego polegał na tym, że nie przewidział jacy potężni byli nawet z namiastką swojej prawdziwej, wrodzonej mocy. I naiwny, jeżeli kiedykolwiek myślał, że będą tańczyli tak, jak im zagra. 


***

Najwyższy nie próżnował. Od kilku godzin poszukiwał pradawnych zaklęć tropiących, ale nadal bez rezultatu. Dział Ksiąg Tajemnych też okazał się pomyłką. I nic nie wskazywało, że wkrótce ma się to zmienić. 
Ale nie tylko to czynił przez ostatni czas. Jego zaufani ludzie skrupulatnie prowadzili dochodzenia, słuchali szeptów, głosów które mogły coś rzec na temat Wybranej czy chociażby samego Lucyfera. I roli magów w tejże chwili. Najwyższy albowiem od zawsze twierdził, że nigdy nie powinni brać udziału w tej wojnie. Powinni przeczekać, a potem przywitać koniec. Taka właśnie była ich rola. Żadna inna...


*** 

Powietrze tej nocy było jakieś cięższe; niemal przygniatało płuca, jakby ostrzegająco. Do tego wiatr nieustannie dął, porywając wszytko dookoła siebie: kwiaty,  zagubione reklamówki czy porozrzucane na ulicy plastikowe butelki. W którymś momencie deszcz przestał siąpić, acz powietrze w dalszym ciągu było jakieś dziwne. Nieczyste. A chłód, odwieczny wróg ludzkości, nie ustępował. 
Zimne, stalowo-szare oczy z niejakim zadowoleniem spoglądały w tym samym czasie na ukryty za niemal białymi chmurami, księżyc.  I temu komuś wcale nie przeszkadzało ani zimno ani szaleńczy wiatr. Tkwił tak, zadowolony, będący w swoim własnym raju, w którym nie obowiązywały żadne, pieprzone zasady. A jedynie cudowna, orzeźwiająca wolność.
Od paru minut stał przyczajony za wielkim, starym dębem i przypatrywał się budynkowi znad przeciwka. Na jego osnutej cieniem twarzy gościł lubieżny uśmiech. 
Skrywał się, ale jednocześnie odkrywał przed przechodzącymi uliczką ludźmi, którzy drżeli mimowolnie na jego widok. Ci, zaraz po paru krokach zapominali nie tylko o strachu, ale również o złowróżbnej postaci. Sebastian, szczerze mówiąc, nieźle się bawił. 
Niemniej dla osób przebywających w kamiennicy starał się nie istnieć. I naprawdę wierzył, że to mu się udało. 
Jego stalowy wzrok przenikał przez grube ściany i z zachwytem przyglądał się stojącemu tam Śmierci i jego jedynej córce. To właśnie ta z pozoru niewinna dziewczyna poświęcała najwięcej jego uwagi. 
Wyglądała podobnie jak na obrazie, acz nie zupełnie tak samo. Sebastianowi nie chodziło wbrew pozorom o ubiór, choć i ten się zmienił - albowiem na sobie kobieta miała teraz czarne spodnie i równie ciemną tunikę, zamiast bujnej, hebanowej sukni. 
Zmiana tkwiła w czymś zupełnie innym. W oczach. Na malowidle ta sama piękność skrywała przerażającą pustkę, ta zaś tej pustki już nie posiadała. Za to tkwiło tam coś równie okrutnego - determinacja i przemyślność. Sebastian z niejakim trudem to zrozumiał. 
Śmierć, stojący obok był dla niego jeszcze większą zagadką i nie potrafił stwierdzić co się z nim dzieje, przez otulającą go czarną, niczym otchłań, mgłę. Unosiła się wokół i przysłaniała. Nie wiedział czy było to zamierzone zagranie czy też nie. 
Demon przechylił lekko głowę z zainteresowaniem i zamarł. Czerwień tych oczu nagle skierowała się na niego, a on nie tylko je ujrzał, ale także lekki, niewinny uśmiech na jej bladych ustach. 
Zamrugał. 
Rosemary z powrotem rozmawiała ze Śmiercią, jakby wydarzenie z przed chwili było jedynie kłamliwą ułudą. Przewidzeniem. Białowłosy demon otrząsnął się. 
Przewidzenie - pomyślał. - Tak, tak właśnie musiało być. Przewidzenie. 


***

Miękkie łoże i parę chętnych dziwek to to czego bardzo potrzebował. Na noc, do luksusowego hotelu, zabrał ze sobą tylko Mercedes i parę znarkotyzowanych kobiet, które usłużnie darowały mu usługi seksualne jak i swoją cudowną krew. 
I Lucjusz w tejże chwili, po gorącym seksie i napojeniu nic, zupełnie nic nie potrzebował. 
Przymykał w błogostanie oczy i od niechcenia głaskał ciepłe, ludzkie ciało ufnie w niego wtulone na wielkim, śmiało mogącym pomieścić pięć osób, łożu. Teraz mieściło cztery.
Wampir dawno, doprawdy dawno nie był tak zrelaksowany - ostatnie wydarzenia, wizyta Lucyfera i wiele innych nieprzyjemności sprawiło, że został całkowicie wycieńczony. Ale czas upadku się skończył. Lucjusz już nie zamierzał trwać i modlić się, by jego poddani okazali się dostatecznie mądrzy. Bo, jak się już nauczył, nie mógł oczekiwać jakiegokolwiek olśnienia od tej bandy idiotów. 
- Co teraz planujesz, panie? - zapytała mrukliwie Mercedes, jakby czytając w jego myślach. Teraz leżała w jego nogach, okryta jedynie skąpym szlafroczkiem i popalała papierosa. Koło niej majaczył szary dym. 
Zdawała się nie być zainteresowana odpowiedzią, ale Lucjusz znał ją na tyle, żeby wiedzieć, iż to była tylko złudna gra. Naprawdę zżerała ją ciekawość. 
- Zbiorę cały klan; skoro Lucyfer interweniuje to znaczy, że nie pozostawia mi wyboru. Musimy zacząć działać jeżeli chcemy przetrwać. 
- Uhm, panie... serio uważasz, że może nas zniszczyć? - odważyła się zapytać. Lucjusz od zawsze twierdził, że posiadała temperament. Chociaż widać było, że nadal się go na pewien sposób bała, co zauważał przy każdym dotyku czy też spojrzeniu. Niekiedy drżała na całym ciele, innym razem nie patrzyła mu w oczy. Ale jak już Lucjusz wspomniał, uwielbiała grać, w szczególności zuchwałą, acz posłuszną dziwkę. Może dlatego miał do niej... pewien sentyment? 
- Tak jak niezbadane są ścieżki Boga, tak i niezbadane są ścieżki Lucyfera. Różnica jednak pomiędzy nimi jest taka, że ten pierwszy nie interweniuje, a ten drugi - owszem. I to częściej niż myślimy. Założę się, że nawet teraz nasz stwórca wykonuje swój odwieczny plan. 
- Musimy się dostosować - ostatecznie zawyrokował. 
Zaśmiał się. gdy jedna z dziewcząt przebudziła się i nadal zamglonym wzrokiem odnalazła usta Mercedes. Pocałunek był cholernie gorący, ale nie zrobił aż tak dużego wrażenia na Lucjuszu, by miał ochotę na powtórkę. 
Westchnął tylko i zwlókł się z łóżka, pozwalając pobawić się im samym. On za to pokierował się do drugiego pomieszczenia, gdzie bez pośpiechu założył swój nienaganny garnitur. W końcu miał od teraz ręce pełne roboty i musiał zmienić swoje standardy. 
Cóż, wbrew pozorom to nie było tak, że Lucjusz uwielbiał obskurne podziemie i zgniliznę się tam kryjącą. Po prostu, jeżeli miało się tyle lat co on w końcu luksus mógł zbrzydnąć, a przyczajenie w cieniu stało się koniecznością. Poza tym wampiry od dawna legły do takich śmierdzących miejsc, choćby nie wiadomo jak się przed tym wzbraniały. Taka, niestety, była ich natura. 
Pytanie jednak, które teraz wstrząsnęło nim, a które wypłynęło z jego własnych ust brzmiało następująco:
- Przeciw komu wszczynamy wojnę? 
I tak słowa odbiły się echem o ściany, a potem zniknęły pozostawiając nieprzyjemny smak na języku. Lucjusz naprawdę nie sądzisz, że jest w stanie je zadać. 
Ponieważ wojna nadchodziła. Z kim i gdzie? To każdy chciałby wiedzieć, każdy kto się na nią szykował. 
- Idziesz panie? - Usłyszał głos dobiegający zza drzwi. 
- Oczywiście. 


***

Magia, ogromna moc, w jednej chwili eksplodowała. Andear i Anabel nie zdążyli choćby krzyknąć słowa, a owa energia zmiażdżyła ich i popchnęła z trzaskiem na pobliską ścianę. 
Zaparło im dech w piersiach, ale nie potrafili nawet stęknąć, gdy ból ich zamroczył. 
Andear jak przez mgłę zobaczył na białej farbie czerwień i osuwając się na podłogę zrozumiał, że to jego krew. Nos prawdopodobnie miał doszczętnie złamany. Mógł się tylko domyśleć, że Ananbel jest w podobnym stanie. 
- Kurwa! - Cichy szept tuż obok utwierdził go w tym przekonaniu. 
Chwile tak trwali, nie mogąc unormować ciężkiego oddechu, wlepiając się i dotykając czołem zimnej, piekielnie białej ściany. Oh, Andear naprawdę zaczynał nienawidzić tego koloru. 
W końcu na przekór sobie odwrócił się, czując od środka palące pieczenie i rozdzierający ból. Jego przelewająca się moc próbowała zrównoważyć to nagłe zachwianie. Nie było to w każdym bądź razie łatwe, nie, kiedy niespełna dwa kroki dalej, leżał pozbawiony kontroli czarodziej. 
Faktycznie, Andear już zaledwie chwile potem mógł ujrzeć ponownie nieprzytomną kobietę. Obok niej dostrzegalna była dziwna czerwono-zielono-niebieska powłoka, który poruszała się swoim rytmem i łączyła, dotykała niczym oszalała, wszystkiego dookoła. Czerwień jednak przeważała i dlatego nie trudno było się domyślić jak niebezpieczna była ta nieokiełznania magia. 
- Pieprzyć to! - Już teraz mocniejszy głos rozbrzmiał koło jego ucha i z niejakim zdziwieniem zobaczył powstającą Anabel. Jej niebieskie oczy zapłonęły dziko, a złoty motyl na licu zabłyszczał jeszcze mocniej niż zwykle. Andear nawet dojrzał jego niewinne zatrzepotanie skrzydełkami, jakby chciał odlecieć. Niemniej pozostał na miejscu, a tuż koło niego malował się nieprzyjemny siniak. Czarodziej również bezbłędnie zdiagnozował złamanie lewej ręki Anabel. 
- Co... co ty robisz? -  wychrypiał. Anabel zdobyła się na lekkie wygięcie warg. Prawdopodobnie miało to przypominać uśmiech. 
- A nie widać? - oparła pytaniem na pytanie. A potem usłyszał ciche, ledwo słyszalne słowa. 
- Oculi tui videbunt lucem sentire vim ore corpus renasci denuo...*
W jednej, krótkiej sekundzie Andear odzyskał siły, a po złamanym nosie nie było ani śladu. Tylko zakrzepnięta krew na nim i na ścianie przypominała o dawnym, nieprzyjemnym uczuciu. 
Gdy on powstał, Anabel na powrót usiadła, mrużąc oczy. Nie wyglądała za dobrze, właściwie to jakby miała ochotę wymiotować. I raczej mag zgadzał się z tym przypuszczeniem. 
- Po co to zrobiłaś? 
Musiał poczekać nim zdołała odpowiedzieć. 
- Magia krwi...
No tak, mógł się od razu domyślić, stwierdził. Przecież wiadomym było, że właśnie przez to zaklęcie Anabel może być bardziej osłabiona, a więc nie okiełzna mocy Lucy. Do niego należy to zdanie. 
Tym razem ostrożnie podszedł do kobiety i dłonią, delikatnie, acz stanowczo przejechał po szalejącej energii, która w tym samym momencie zatrzymała się i przybrała niebieskawy, niemal błękitny odcień. Przelewała się koło niego, rozpoznając jego sygnaturę i wyczuwając jego dobrą, pomocną magię. 
Ponownie zaczął długą litanię, która przy każdym słowie osłabiała, ale wiedział, że musiał mówić dalej, by utrzymać to wszystko w barierach. 
Ostatnie, kończące już słowa i nagle, nawet ta niebieska powłoka, zniknęła. 
Andear zadowolony, jednakże jeszcze bardziej wycieńczony przelewitował i ciało Anabel i Lucy na rozłożoną kanapę. Wtedy właśnie przybył Nathaniel, który zamarł w progu. Jego jedna z brwi uniosła się w zdumieniu na widok nieprzytomnych ciał i krwi na ścianie. 
 - Coś ominąłem? - wydukał. 
______________________________________________________
*Oczy twe ujrzą światło, a usta poczują moc, ciało zaś na nowo się odrodzi... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz